Bycie matką boli.

Legenda głosi, że większość małych dziewczynek marzy o księciu z bajki, przywdzianiu białej sukni oraz zostaniu matką. Tak słyszałam. Im więcej o tym słuchałam, tym dalej uciekałam. Ja w roli matki? Dobre sobie. O ile radość z relacji damsko-męskiej jest zawsze uzasadniona o tyle dobrowolne rozmnożenie się nie. Ciąża? Powiększenie własnej powierzchni do wielorybich rozmiarów, rozstępy, opuchnięte nogi i zastój w sypialni? „Trzeba być niezłą masochistką” – myślałam. A dziecko? Nieprzespane noce, kupy, wymioty, wrzaski, ząbkowanie, raczkowanie, nauka sikania i wiele innych tortur na własne życzenie? NIGDY.

Nigdy nie mów nigdy powiadają. Mówią też, że najlepsza forma antykoncepcji to wstrzemięźliwość. Zakonnicą nie jestem, więc mogę sobie pozwolić na pewne przyjemności w życiu. Dodatkowego smaczku dodał jakże zabawny komunikat od lekarza pt. „JEST PANI BEZPŁODNA PRAWDOPODOBNIE”. Niestety w wyniku niemałego szoku ostatnie i zarazem kluczowe słowo „prawdopodobnie” umknęło mojej uwadze. Opuszczając czeluści gabinetu lekarskiego miałam mieszane uczucia. Mimo mojego stanowiska, iż posiadanie potomstwa to wydanie wyroku na samego siebie, gdzieś pojawiła się mimowolna nutka żalu. W końcu mój Partner miał nadzieję obdarzyć mnie kiedyś rozkosznym „pasożytkiem”, ale nie wcześniej niż po 30 roku życia. Mając w zapasie jeszcze prawie dekadę odłożyłam na bok wszystkie rozrodcze myśli i dałam się ponieść życiu codziennemu. Oj radosne i beztroskie było moje, tzn. nasze życie w tamtym czasie. Jednak wszystko co dobre pokazuje nam w końcu środkowy palec. Tym uśmiechem losu okazała się długoterminowa możliwość zwiedzania gabinetów lekarskich. Hip hip hurra! Społeczność w białych kitlach przerzucała mną niczym piłką tenisową prześcigając się w coraz to ciekawszych diagnozach. Chciało by się powiedzieć „żyć nie umierać” i mieć nadzieje na proroczy przekaz tych słów. Obolała, znudzona i z silną alergią na sterylną biel medyczną miałam już wszystkiego dosyć. Nigdy nie lubiłam szczęśliwych zakończeń, to fakt. Ale ile można?! I tak pewnego ciepłego letniego popołudnia rozpoczął się mój Happy End…
„O tu jest. Widzi Pani? Tu bije w Pani malutkie serduszko…”

6 Comments

Dodaj komentarz