Ptaszki śpiewają a ciężarne rzygają.

Pukające serduszko oznaczało czerwony alarm. Trzy głębokie wdechy, pełna mobilizacja. Nogi miałam jak z waty a moja dłoń coraz mocniej zaciskała się na pierwszym zdjęciu usg owego serduszka. Po wyjściu z budynku zdążyłam tylko burknąć do mojego Partnera żeby zgasił papierosa i w popłochu uciekłam do samochodu. Chwila ciszy. Trzaśnięcie drzwi kierowcy, smród tytoniu i budyń zamiast mózgu w mojej głowie skłoniły mnie jedynie do wyprostowania ręki trzymającej zdjęcie.

„Żartujesz, prawda??”
Chciałabym.
Zostałam mocno przytulona i usłyszałam tak bardzo upragnione w tym momencie: „KOCHAM CIĘ”. Normalnie uznałabym taki obrót spraw za cukierkowo mdły scenariusz, ale w tamtym momencie najwidoczniej górę wzięły hormony i całość wydała mi się jak najbardziej na miejscu. Jakimś cudem uniknęłam spazmatycznej histerii i ucieczki na Syberię. Strach, który czułam w tamtym momencie był mniej więcej taki jak lęk przed zbiorową zemstą dentystów nie stosujących znieczulenia. Na szczęście mój Partner jest  bardziej rozsądny i stonowany w podejmowaniu decyzji niż ja i powoli udało mu się mnie uspokoić. Pomimo mojej nagromadzonej latami obsesyjnej niechęci do posiadania potomstwa nie było nawet myśli o „pozbyciu się problemu”. Może czasem bywam wredną suką, ale resztki szacunku do życia mam.
I tak dotarło do nas, że będziemy rodzicami. Niecałe 7 miesięcy, które pozostało nam na przygotowanie się do tej roli okazało się stanowczo za krótkim czasem.
Ciąża. Z mrocznych opowieści o trudach i katorgach jakie przechodzą przyszłe matki, ja poznałam tylko kilka. Na szczęście. W trakcie pierwszych miesięcy, gdy większość kobiet uskarża się na poranne mdłości i wymioty ja mogłam rozkoszować się spokojnie śpiewem ptaków zamiast dźwiękiem wymiocin. W późniejszym okresie zaczęłam żałować utrzymywania tak oziębłych stosunków z sedesem. Delikatnie mówiąc apetycik mi dopisywał. No dobra, nie oszukujmy się. Wpieprzałam wszystko co nie zdążyło przede mną uciec. Chyba odbiłam sobie w ten sposób lata wyrzeczeń i diet. Taaa… Mój żołądek spuszczony ze smyczy zdawał się nie mieć żadnego dna. Odbiło się to oczywiście na moim wyglądzie. W ostatnich miesiącach mogłam startować do zawodów w kategorii wagowej wieloryba. Łakomstwo nie popłaca. A jednak mimo spokojnie zapowiadającego się okresu, pewnego razu po wrzuceniu w siebie zabójczej mieszanki ostrych pierogów ruskich oraz szarlotki mojej Teściowej i mnie dopadła potrzeba przytulenia porcelanki. Tak czy siak ciążowe rzyganko zaliczyłam. Poza tym „zatruciem” oraz powiększeniem się powierzchni mojego ciała ominęły mnie atrakcje takie jak hemoroidy, żylaki czy celibat. Prawie wszystko układało się dobrze. Partner wyrozumiały i dający poczucie bezpieczeństwa. Dziecko rozwijające się prawidłowo. I ja, zesrana ze strachu małolata wzruszająca się pierwszymi ruchami małego. Dziwna mieszanka. 
Termin wydobycia pierworodnego z mojej macicy zbliżał się wielkimi krokami. Jednego dnia chciałam już mieć poród za sobą a następnego panicznie krzyżowałam nogi aby nic się stamtąd nie wydostało. Termin pordu minął i cisza. Ja rozumiem, że „potworkowi” było dobrze w moim pokaźnym brzuchu, ale bez przesady. Wiem, że wizja rezygnacji z całodobowego jacuzzi, darmowego żarcia i spania do góry nogami jest niezwykle kusząca, ale bez przesady. W ostatnim miesiącu z racji zapunktowania 23 kilogramami ciężko było mi się poruszać. Jednak jakimiś resztkami sił oraz mega wkurzeniem zebrałam się w sobie i umyłam wszystkie okna. Plotki głoszą, że to może przyspieszyć akcję porodową. Ha ha ha i jeszcze raz ha. Jak się chłopak uparł, że zostaje to koniec. Wizja zagoszczenia na oddziale patologii ciąży stała się realna. Byłam przerażona i wściekła zarazem. Na siebie, na mojego Partnera a nawet na dziecko, które opóźniało swoje przyjście na świat. 
Po tygodniu od wyznaczonej daty porodu dostałam zaproszenie do szpitala. Po spędzeniu całego dnia wśród odpadającego tynku i tłumu ludzi zostałam odesłana na weekend do domu. Oficjalnie odesłano mnie, bo nic się niepokojącego nie działo a na akcję porodową też się nie zanosiło. Nieoficjalnie było za dużo ciężarówek  na metr kwadratowy szpitala. „O radości, iskro bogów!”. Dotoczyłam się radosna do auta i odjechaliśmy w stronę zachodu słońca. Ostatni przebłysk sielanki miał dobiec końca w poniedziałek rano w drodze na oddział patologii ciąży. Teraz miałam zostać skazana na wywoływanie porodu oraz inne dziwne  atrakcje dla przeterminowanej pierwiastki. Kiedy już udało mi się przysnąć ocucił mnie ból. 
Zaczyna się. Byłam pewna. Nasza wolność chyliła się ostatecznie ku upadkowi. 

4 Comments

Dodaj komentarz