Kilka godzinek

Najwyraźniej wizja znalezienia się na oddziale patologii ciąży nie przypadła do gustu mojemu Potomkowi. I tak 10 dni po wyznaczonym terminie porodu o godzinie 00:35 poczułam „coś”. Dziwny, wcześniej nieznany ból. W sumie obyło się bez ataku paniki, ale pewien rodzaj strachu gdzieś się czaił. Wiadomo, że zasnąć już nie dałam rady. Leżałam grzecznie w łóżku licząc czas pomiędzy narastającymi w siłę skurczami. Po kilku godzinach stwierdziłam, że rodzenie dzieci to pestka a drące się mamuśki z amerykańskich filmów są mocno przerysowane. W momencie, gdy przyjemność skurczowa nabrała tempa do jedynie 5 minutowych przerw, zapadła decyzja o zwleczeniu cielska z wyra i przemieszczeniu się do szpitala. Mój organizm był na tyle łaskawy, iż wybrał na poród nocną porę. Dzięki temu uniknęliśmy porannych korków. Mimo szybkiego dotarcia do celu, nie zanosiło się na równie ekspresowe rozwiązanie. Jakiś żartowniś zamontował mi stoper akcji porodowej uruchamiający się tuż po przekroczeniu progu szpitala. W ciągu sekundy moja macica przeszła w stan hibernacji.
„To się zdarza u pierworódek” – usłyszałam. Nie zdawałam sobie sprawy ze znajomości tylu inwektyw. Na szczęście nie znalazły one drzwi wyjściowych w postaci moich ust. Cóż, zapowiadał się długi dzień.

Usg, lewatywa, wkłucie i niepohamowana radość z 2 cm. Tak rozpoczął się ten wyjątkowy dzień. Ile człowiek potrafi mieć wizji jakiegoś wydarzenia. Ile razy wyobrażałam sobie jak rozpocznie się poród. I co? I nic krótko mówiąc. W przypadku mężczyzn istotny jest oczywiście finisz, ale miałam nadzieję, że mój nienarodzony Syn postara się o lepszy początek naszej znajomości. Najwidoczniej oprócz witamin wyciągnął ze mnie również odrobinę słodkiego lenistwa. Nasza błoga sielanka została przerwana przez Panią Położną. Pani zdawała się być jak dotąd miłym zjawiskiem medycznym. Zdawała. 
„To nie są wakacje” – usłyszałam omal nie spadając z wielkiej piłki. Najwidoczniej na mojej twarzy pojawił się ogromny znak zapytania, ponieważ zanim wzięłam oddech dobiegły do mnie słowa: „Trzeba brać się do roboty. Nie mamy przecież całego dnia na poród!”
Moje zaskoczenie i strach były razem na tyle intensywne, że postanowiłam całkowicie oddać się w ręcę kogoś bardziej doświadczonego w kwestii porodów. Moja Położna mimo zimowej aury uwijała się niczym w egipskim ukropie. A to dostałam kroplóweczkę z oksytocyną, a to zapoznałam się bliżej z pojęciem „odklejenia biegunów” czy przebitym pęcherzem płodowym. Jednym słowem full serwis w wersji iście ekspresowej. Kiedy tak kroplówki ściekały do moich żył, a synonimy kurtyzan latały po mojej głowie, nagle na chwilę odzyskałam resztkę świadomości. Przerw pomiędzy skurczami nie miałam praktycznie żadnych, ręka męża była już fioletowa od zaciskajacej się na niej mojej dłoni, o tętnie dziecka przestałam być informowana a wody, które już dawno mi odeszły były przecież zielone. 
STOP!!! 
Zatrzymałam czas.
„Ja błagam o cesarkę, coś jest nie tak. Nie dam już rady.” – wysączyłam przez zaciśnięte zęby. 
Zapewne wiele osób pomyśli, że jestem sierotą, która nie ma w sobie siły i samozaparcia żeby pokusić się o poród naturalny. W tamtym momencie miałam wszystko i wszystkich oprócz Nas gdzieś. Działo się coś złego a słowa lekarza po kolejnym badaniu: „oj tam, jeszcze godzinka, może dwie i coś ruszy” nie dawały mi natchnienia do dalszej walki. Po prawie czternastu godzinach porodu z 6 cm na koncie i próbami wyproszenia Małżonka z opłaconej sali miałam dosyć. Może i zachowałam się jak histeryczka, ale bałam się. Po prostu. Partner tak jak obiecał nie zostawił mnie nawet na sekundę. Zapadła decyzja. Albo zrobią mi cesarkę albo się stąd zabieram. Personel medyczny nie był chętny na kolejne cięcie a ja nie byłam chętna na stratę dziecka. Szliśmy z Partnerem w zaparte mając nadzieję na wysłuchanie naszych próśb i skomleń. Żałosne. I tragiczne. Mam swoje podejrzenia co mogło skłonić lekarzy do zmiany stanowiska i podjęciu decyzji o wykonaniu cięcia. Ale to tylko moje przypuszczenia. Najważniejsze, że ruszyli dupy i zaczęli przygotowywać mnie do zabiegu. Już żaden ból mi nie przeszkadzał. Ja i mój partner wiedzieliśmy, że zagrożenie powoli mija.
Sala operacyjna, światło, znieczulenie, skalpel, krzyk. Wydarłam się chyba tak, że połowa szpitala to usłyszała. Poczułam skalpel. Krótkie niedowierzanie, konsternacja na twarzach zebranych i kolejna próba ostrza. Tym razem mój krzyk musiał dotrzeć na teren całego szpitala. Zostałam błyskawicznie uśpiona. Kolejna rzecz, którą pamiętam to zapach Jego skóry i olbrzymie poczucie winy, że nie dałam rady wydać Go na Świat.
Syn urodził się cały i zdrowy. Żył. To najważniejsze. Oddychał tym samym powietrzem co ja i mój Partner.
Było ciężko, ale dobrze, że zaufaliśmy intuicji. Mały miał 10 pkt w skali Apgar, ważył ponad 4 kg i mierzył 60 cm. Jak się okazało po latach, nie było mi dane urodzić nigdy w sposób naturalny. Taka po prostu jestem. Lekarze towarzyszący mi podczas pierwszego porodu nawet po wszystkim twierdzili, że „jeszcze tylko kilka godzinek…”. Ja za tych „kilka godzin” mogłabym nigdy nie patrzeć na moje teraz już kilkuletnie Szczęście.

3 Comments

Dodaj komentarz