Perfekcyjna Matka Polka

Jaka właściwie powinna być idealna rodzicielka? Mam wrażenie, że w obecnej rzeczywistości rola matki nie jest łatwa. Najlepiej żeby kobieta była jednocześnie wzorowym rodzicem, pracownikiem a także super Panią Domu. W dodatku zawsze ma być zadbana, seksowna oraz nienagannie wyszykowana i gotowa na nowe wyzwania. Idealna Kobieta. Ale czy tak właśnie powinno być? Czy my matki musimy narzucać sobie tyle obowiązków? Czy musimy poddawać się naciskowi na wchodzenie w rolę „Matki Polki”? Czy zawsze musimy być błyszczące, pachnące i czekać na kolejne zadanie bojowe? Dlaczego wiele z nas boi się mówić o zmęczeniu, frustracji a niekiedy i rozpaczy wynikających z całodobowej opieki nad dziećmi? Same pozbawiamy się prawa do chwil słabości i bezradności. Odbieramy sobie prawo do płaczu i rzucania bluzgami nawet, gdy nikt nie słyszy. Z jakiej racji? Bo nie wypada? Bo współczesna matka musi być czysta jak łza i nieskazitelna niczym średniowieczny rycerz? Przyznanie się do błędu to w dzisiejszych czasach grzech śmiertelny?

Wkurza mnie taki obraz Matki. Sama dobrze wiem, że zanim urodziłam dzieci, to wychowywanie potomstwa uważałam za błachostkę. Przecież to zadanie zgodne z kobiecą naturą, nieprawdaż? Jedyne czego było mi żal to konieczność babrania się matek w odchodach i wymiocinach. Tylko z tego powodu byłam skłonna pokusić się o garstkę współczucia dla nich. Sama nigdy nie chciałam dzielić ich losu. A jednak psikus. Los wywinął mi kawał stulecia i pozwolił na powstanie nowego życia w mojej macicy. Dopiero w trakcie ciąży oraz przebywania z noworodkiem zrozumiałam, że to nie jest prosta sprawa. Co prawda przy pierwszym dziecku bardzo chciałam być przykładem perfekcyjnej podręcznikowej mamy, ale nie wyszło. Depresja sprowadziła mnie do pionu. A raczej pozycji poziomej-łóżkowej. I tak na wstępie straciłam szanse na medal dla „Super Mamuśki”. Nowa rola spowodowała, że sama od siebie żądałam coraz więcej. Czytałam mądre księgi zarzekając się, iż będe postępować dokładnie tak samo. Wkurzałam się na Partnera apelującego o odrobinę luzu z mojej strony. Jak grochem o ścianę. Ja muszę być dobrym rodzicem. Ba! Dobrym to za mało! Idealnym!!
Po jakimś czasie odkryłam, że nie jestem szczęśliwa. Wciąż spięta, zestresowana i podatna na każdą najdrobniejszą nawet krytykę zaczynałam wariować. Zajęło mi to dużo czasu i mnóstwo zużytych pieluch, ale w końcu dałam sobie pozwolenie na popełnianie błędów wychowawczych. Szkoda, że zajęło mi to aż tyle czasu. Teraz w chwilach totalnego chaosu potrafię wyjść do drugiego pokoju i policzyć do 10 żeby się wyciszyć. Potrafię bez wyrzutów sumienia ryczeć wieczorem w poduszkę, bo dzieci dały mi mocno w kość. Staram się rozmawiać z Partnerem o tym co mnie denerwuje oraz czego ja potrzebuje. Nie widzę sensu odbierania sobie możliwości przełknięcia faktu pojawienia się porażki. Mogę być zmęczona, niewyspana, zła na cały świat. Trzy głębokie wdechy i po przyznaniu się samej sobie do posiadania grama smutku, mogę brać się dalej za smażenie naleśników. Jest do dupy, ale będzie lepiej. Na pewno będzie nieraz jeszcze gorzej, ale od czego w końcu mam swoją poduszkę?
Drogie Panie, dajmy sobie możliwość bycia DOBRĄ a nie IDEALNĄ Matką. 

2 Comments

  • I to jest chyba najlepsze podejście – robić wszystko, co w naszej mocy, żeby dotrzeć do dostępnej wiedzy na temat rozwoju dziecka i metod wychowawczych i starać się wprowadzać jej w czyn, ALE – z dystansem. Tzn. nie negować przy tym swoich uczuć, potrzeb i po prostu zwykłych słabości, które ma każda z nas. Myślę, że to jest dobre dla nas, ale i dzieci, które widzą autentyczną Matkę, z krwi i kości, a nie cyborga. Przeprosić i przyznać się do słabości czy niewiedzy – to duża lekcja dla maluchów, które same, jako dorosłe już osoby, będą umiały być sobą. :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    nowa Czytelniczka :)

Dodaj komentarz