Na przekór sobie i innym.

Mój świat wykonał nieudane salto zakończone bolesnym upadkiem na tyłek. Zaszłam w ciąże pomimo sprzeciwu mojego i całej otaczającej mnie rzeczywistości. Ja? Roztrzepana, kompletnie nieodpowiedzialna małolata? Ledwo wkraczałam w dorosłość a już spadał na mnie taki „ciężar”. Byłam idealną kandydatką na nie-matkę. Dopiero co się jako-tako życiowo pozbierałam i zdążyłam poznać fajnego faceta! Po ostatecznym rozwianiu przez lekarza moich chorobowych wątpliwości, nawet nie potrafiłam być zła na siebie. A już w ogóle nie umiałam skierować żadnych negatywnych emocji w kierunku Partnera czy Dziecka. W sumie sama byłam zaskoczona względnym spokojem z jakim przyjęłam to do wiadomości. Mimo silnego protestu bliskich mi osób podjęłam z Ojcem Dziecka natychmiastową decyzję o założeniu Rodziny. Oboje nawet nie pomyśleliśmy o jakiejkolwiek alternatywie.

Kiedy ku niezadowoleniu niektórych osób w moim ciele rozwijało się nowe życie, ja starałam się ogarnąć. Utrudniały mi to wesoła gra hormonów oraz zmienność nastrojów, ale jakoś powoli zmierzało to w dobrym kierunku. Wraz z powiększającym się obwodem brzucha rosła nadzieja, że mogę być chociaż poprawnym rodzicem. Cudów i fajerwerków się nie spodziewałam. Liczyłam jedynie na to, że dokopię się do jakiś resztek odpowiedzialności i rozsądku.
Cóż, na „dzień dobry” dostałam w zęby. Zajściem w ciążę zniszczyłam komuś życie. Nie sobie. Nie Partnerowi. Komuś kto wydawał mi się naturalnym wsparciem. Tymczasem ten Ktoś jednym zdaniem pozbawił mnie całego uzębienia. To boli. To cholernie boli. Nie zważając na tlący się we mnie żal postanowiłam, że dam radę.
Miałam jakieś siedem miesięcy na wkroczenie w dorosłość. Bardzo mało. Pora spiąć poślady i zadbać o siebie i Dziecko. Jakim cudem to nie wiem, ale się udało. Kiedy już Malec był przy mnie, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Opinie ludzi, moja przeszłość, nadprogramowe kilogramy itd. Miałam za zadanie stworzyć moim Chłopakom Dom oraz prawie normalną Rodzinę i byłam na to gotowa. Kiedy już zamieszkaliśmy sami zaczęłam odkrywać w pełni uroki macierzyństwa. Czas spędzony z dzieckiem nabrał nowego wymiaru. W mojej głowie zaczęły rodzić się pomysły na zabawy, nowe przepisy a nawet wiersze dla Syna. Uczyłam się radości z bycia rodzicem.
Kto by pomyślał, że wszystko może się aż tak zmienić. Z rozkapryszonej histeryczki przemieniam się w matkę. Może kiedyś nawet zasłuże na duże „m”.
Reasumując ten monolog: chcę pokazać, że bycie rodzicem nie polega jedynie na spłodzeniu dziecka. To powinno być świadome wkroczenie w ten dziwny świat i poniesienie wszelkich konsekwencji. Być może i z takiego lekkoducha jak ja da się coś ulepić. Ten życiowy przewrót bardzo mnie zmienia. Liczę tylko, że na lepsze.

Dodaj komentarz