blogger-image-1567377178

Zabawa jest nauką czyli jak macierzyństwo uruchomiło mój mózg

Dzieci to nie tylko rodość z uśmiechów przeplatana zmianami pieluch. To przede wszystkim ogromna odpowiedzialność. Dostajemy małe stworzonko, które jest całkowicie zależne od nas. Właśnie głównie od rodziców dowiaduje się jak ma funkcjonować. W dużej mierze to od matki i ojca zależy czy wykreowany zostanie nowy światowy dyktator czy szalony naukowiec lub urocza skrajna feministka. Dzieciaki chłoną zachowania dorosłych jak spragnione wilgoci gąbki. Niekiedy nasze zwyczaje, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy mają duży wpływ na rozwój malucha. Bycie rodzicem to trudna sprawa wymagająca szczypty rozsądku i tony cierpliwości. Ale cóż? Dla chcącego nic trudnego.

Ja odkryłam, że czas spędzany z małoletnimi wcale nie musi być monotonny i męczący. Wystarczy pokusić się o odrobinę kreatywności i zaopatrzyć w dobry nastrój. Osobiście odradzam branie się za zabawę, gdy przeżywamy królewskiego focha. Nie przyniesie to najmniejszej korzyści dla żadnej ze stron. Trzy głębokie wdechy i do roboty. Oprócz zajęcia pociechy jedną z tych cudownych zabawek edukacyjnych, można pokusić się o ciut większy wysiłek. Oczywiście nie jestem nawiedzona i wiem, że każdy potrzebuje odpoczynku i czasem uratuje się grająco-śpiewająco-irytującą pierdołą. W końcu żyjemy w świecie zasypanym kolorowymi bajerami. Ale do rzeczy. Wyłączenie telewizji i poświęcenie czasu na zabawę z dziećmi naprawdę jest przyjemne.
W mojej głowie pewnego dnia narodziła się wizja Tematycznych Dni. Wszystko rozpoczęło się od fascynacji starszego Syna liczbami i literami. Postanowiłam, że każdego z tych dni będziemy skupiali się na jakimś zagadnieniu. I tak podczas Dnia Zwierząt wykorzustuje przede wszystkim zabawki przedstawiające faunę. Kiedy puszczam Małemu bajkę opowiadam mu o pojawiających się w niej zwierzętach. Na spacerze także skupiamy się głównie na nich. Póki co w przypadku mojego łobuza to działa. Nie twierdzę, że każde dziecko może polubić taką formę poznawania świata i nie znudzi się tym w tempie błyskawicznym. Nie uważam też tego za super odkrycie zasługujące na owację na stojąco. Nie, nie. Po prostu mówię jak ja radzę sobie z połączeniem zabawy z nauką. W ten sposób powstały miedzy innymi dni: słów, kropek (uczyliśmy się liczenia na kropkach z klocków domina), kolorów, liter, liczb, roślin, ubrań, pojazdów. W asortymencie znajdują się także dzień kucharzenia czy ładnych słów. Staram się w prosty i mam nadzieję ciekawy sposób pokazywać rzeczywistość. Staram się to dobre słowo. Niestety nie mam wykształcenia związanego z psychologią czy pedagogiką, aby zagwarantować trafność tego pomysłu. Zdaje się tylko i wyłącznie na dziwną rzecz jaką jest instynkt macierzyński. Sama jestem zaskoczona, iż coś takiego posiadam. Mnie i dzieciakom taka forma zabawy odpowiada. Oni poznają swoje otoczenie a ja nie pierdzę bezowocnie w stołek.
Postaram się w kolejnych postach opisywać konkretne dni obszerniej i prezentować niektóre swoje pomysły.

2 Comments

  • Trafna uwaga – z fochem zabawy nie ma. Czekam z niecierpliwością na opis poszczególnych dni tematycznych. Pomysł wydaje się być ciekawy 😉
    Gosia

    • Bardzo dziękuję za komentarz i miłe słowa :)
      Dzisiaj właśnie mieliśmy "dzień makaronowy", także na pewno niebawem jego opis pojawi się na blogu.
      Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz