Wielkie zmiany

Ostatnio natchnął mnie do przemyśleń pewien post:

http://www.mamadiabelka.pl/2014/03/co-mnie-moze-wzruszac.html?m=0

Ciąża wiele zmienia. Wiem, wiem, Ameryki nie odkryłam. Tzw. „stan błogosławiony” (nigdy nie zrozumiem skąd takie określenie) dokonuje przewrotu w życiu praktycznej każdej kobiety. Zaczęłam zastanawiać się co we mnie uległo przemianie?
Zacznijmy od najbardziej widocznej. Kilogramy, ah te kilogramy. Nie będę ściemniać. Podczas pierwszej ciąży przybyło mi aż 23 kg (!!!). Pochłaniałam prawie wszystko. Niestety mój apetyt skupił się wokół słodyczy. Ah, szkoda gadać. Wielorybie kształty mimo wszystko dzielnie usprawiedliwiałam ciążą. Nawet samej sobie było mi trudno przyznać się do nadmiernego obżarstwa. Cóż, stało się i już. Nie jest to powód do depresji. Oczywiście w związku z zafundowaniem sobie nadprogramowych kg moje ciało również przeszło metamorfozę. Dało się dostrzec ślady cellulitu i o zgrozo rozstępy! To ostatnie akurat nieźle mnie poturbowało psychicznie, ponieważ mój portfel nie jest na tyle głęboki, abym mogła pozwolić sobie na zabiegi naprawcze. Zacisnełam zęby, umęczyłam Partnera pytaniami czy nadal będzie mnie kochał i ryczałam w poduszkę. Być może wykazałam się tu odrobiną histerycznej kobiecości, ale naprawdę mnie to zmartwiło. Sporo czasu oraz kilogramów minęło zanim się w stu procentach pogodziłam z tymi zmianami.
Jeśli chodzi o jakieś inne dziwne formy transformacji ciała, to los mnie oszczędził. Poza skórką pomarańczową i pęknięciami na skórze nic szczególnego nie zaobserwowałam. Inaczej stało się w świecie emocji.
Pod koniec ciąży zrobiłam się jeszcze bardziej nerwowa i podatna na łzy. Tak po prostu. Włączymy małą mżawkę z oczu i już. Zdecydowanie za często. Miałam też niestety pecha i nie ominęła mnie depresja poporodowa. Nie poradziłam sobie z tym, że Mały wolał butelkę zamiast cycka. A ja tak bardzo chciałam być idealną matką! W pewnym momencie nie byłam wstanie zwlec dupy z łóżka i większość obowiązków rodzicielskich przejął szanowny Partner. Podziwiam Go, że sobie z tym wszystkim poradził. Z dzieckiem, ze mną, z uczelnią itd. Jestem mu wdzięczna, że się nie poddał. Kiedy już stanęłam na nogi przy pomocy wsparcia farmaceutycznego, zobaczyłam ile straciłam. Ale to bynajmniej nie był czas na dołki. Trzeba było wziąć się w garść!
Samo późniejsze obcowanie z małoletnim wdrożyło we mnie ogromne pokłady radości i cierpliwości. W życiu nie dokonałam takiego przełomu. Potrafiłam stać się opanowaną, logicznie myślącą istotą. Sukces. Zaczęłam dostrzegać możliwe zagrożenia oraz scenariusze jakie mogą za nimi iść. Skończyło się egzystowanie pod szyldem „jakoś to będzie” i życie z dnia na dzień. Musiałam nauczyć się planowania i organizacji. Nie było już możliwości leniuchowania. Należało ugotować dziecku posiłki, pomóc mu znieść kolki czy bolesne ząbkowanie. Konieczność szybkiego myślenia i znajdowania odpowiedzi stała się codziennością. Zabawne, ktoś taki jak ja umiał odpowiedzialnie postępować. Kolejną zmianą na plus było zaprzestanie ciągłego marudzenia. Moje priorytety uległy zmianie. To co kiedyś było tragedią stało się błachostką. Pojawiły się nowe możliwości i zniknęły ciężkie kajdany ograniczania samej siebie.
Spojrzałam również inaczej na mojego Partnera. Zaczełam Go doceniać i dostrzegać, że On też ma prawo czuć się wyczerpany. Zmęczenie przestało być wyłącznie moim przywilejem.
Jestem wdzięczna za te zmiany. Nawet za te cholerne kilogramy. Druga ciąża tylko utwierdziła to co zaczęło kiełkować we mnie podczas pierwszej. Przeistaczałam się w dorosłą, niezależną oraz odpowiedzialną kobietę. Stawałam się MATKĄ. Proces ten nigdy nie dobiegnie końca, bo człowiek uczy się przez całe swoje życie. Fajnie jest być rodzicem. Pomimo, iż bywa to nieziemsko wkurzające i męczące, to znajduję w tym więcej plusów niż miusów. Ciekawa jestem co napiszę na ten temat za kolejnych kilka lat i jakie jeszcze zmiany w sobie zauważę.

Dodaj komentarz