Bezdzietni rodzice

Zdarza się, iż zerkam na „wolnych” ludzi z delikatną nutką zazdrości. Mogą robić co chcą, mówić co im ślina na język przyniesie i wieść nieodpowiedzialny byt z dnia na dzień. Ah! Cóż to za piękne wspomnienia kotłują się w głowie, a żal za utraconym życiem wbija szpilę prosto w serce. Hmmm.. I jakoś tak zza ściany zagląda nieśmiało poczucie pustki i wielki znak zapytania. JAK JA MOGŁAM ŻYĆ BEZ MOICH DZIAMDZIAKÓW?! No jak?? Natychmiast bledną wszystkie utracone imprezy, seanse filmowe i niedzielne poranki z kacem w roli głównej. A na piedestale ustawiają się dumnie nieprzespane noce, pierwsze samodzielne kroki i soczyste beknięcia po karmieniu. „Czego chcieć więcej?’ – przewrotnie pytam sama siebie. Otóż niczego. Dawka dziecięcej miłości i ekstremalnych doznań miażdży życie sprzed porodów. Mimo zmęczenia i wkurzenie do granic możliwości nie zamieniłabym macierzyństwa za nic na świecie. Wiem, że brzmi to trochę słodko-pierdząco, ale i takie mdłe oblicze posiada rodzicielstwo. Wracając jednak do mojego wychwalania poporodowego stanu rzeczy, stwierdzam, że nie żałuje posiadania potomstwa. I zdania nie zmienię pomimo wielu trudności i chwil na bezdechu.

Kiedy rozpływam się w zachwytach nad brakiem czasu dla siebie, gdzieś są ludzie, którzy nie dadzą się w to wkopać za żadne skarby. W sumie to ich rozumiem i nie mam zamiaru w żaden sposób krytykować. Istnieją osoby dalekie od zwiększania ilości obywateli.  Ja też należałam kiedyś do tego grona. Nic nie było wstanie przekonać mnie do tego, że posiadanie dzieci jest fajne. Hmmm, przekonała mnie do tego dopiero pierwsza ciąża. Ale wracając do bezdzietnych z wyboru. Każdy ma prawo żyć według własnego planu.
Teoretycznie „życie idealne” wygląda tak:

1. Człowiek rodzi się w szczęśliwej rodzinie.
2. Dorasta i zdobywa odpowiednie wykształcenie.
3. Dostaje się na studia, gdzie niczym grom z jasnego nieba spada na niego ta „wielka prawdziwa miłość”.
4. Zakochani zdobywają zaszczytny tytuł magistra czy nawet doktora i idą w świat.
5. Bez problemu znajdują pierwszą pracę, w której wysokość ich pensji pozwala prowadzić im bezstresowy tryb życia.
6. Młodzi decydują się na ślub oraz wystawne wesele.
7. Nasze „świeżynki” starają się o kredyt na mieszkanie a z pieniędzy uzbieranych z weselnych prezentów zakupują pierwszy samochód.
8. Ich wymarzone posady umożliwiają im podpisanie cyrografu z bankiem i wybrania własnego M.
9. Mieszkanie nowe, pachnące i ich. Na parapecie kwitną kwiatki a z wiklinowego kosza niezdarnie próbuje się wygramolić przesłodki szczeniak.
10. …

Ah, gdybym tylko umiała się wzruszyć, zapewne właśnie zalewałabym klawiaturę komputera potokiem łez. Na szczęście potrafię tylko histeryzować bez powodu, a nie rozczulać się nad taką wizją. Jednak wracając do naszych bohaterów. Mimo tylu zdobytych elementów układanki brakuje im nadal jednego puzzla. Tego środkowego, bez którego obrazek zdaje się być pusty. Nie mają 10. czyli DZIECKA. Obie familie szturmem wchodzą młodym w życie dopytując się o potomstwo. Z telewizora radośni politycy pieją od rana o potrzebie pojawienia się wyżu demograficznego. Inni włodarze naszego państwa przekonują natomiast, iż ojczyzna jest prorodzinna. Półki w supermarkecie uginają się od pięćdziesięciu ton pieluch i kosmetyków dla „baby”. Znajomi kupują dyskretne prezenty w postaci malutkich dziecięcych bucików szepcząc, że „to już czas”. Nic tylko się rozmnażać i rozmnażać!
Ale cóż to za zmiana scenariusza? Nasi ulubieńcy nie chcą mieć potomstwa. Że co???? Nie chcą mieć dzieci?? Oburzenie rodzin może śmiało konkurować z erupcją wulkanu. Znajomi popadają w doliny i otchłanie rozpaczy. A zaprzyjaźniony ksiądz już biegnie ratować małżeństwo. Bo jak można nie chcieć mieć dzieci??? Ano można.

Niektóre osobniki nie potrzebują do osiągnięcia spełnienia zwiększać zasobów ludzkich. Wolą skupić się na sobie i rozwoju osobistym. Czy można nazwać ich egoistami? Ja jestem bardzo daleka od takich określeń. W końcu czy posiadanie pociechy to obowiązek? NIE. Czy pełna i szczęśliwa rodzina to więcej niż dwie osoby? NIE. Może moja opinia opiera się na tym, że zasmakowałam obu wersji. Jednak z opowieści wiem jak dużą presje potrafią wywierać inni na swoich bliskich. Słyszałam legendarne zdania w relacjach znajomych: „masz 30 lat, zegar biologiczny tyka” albo „jesteście miesiąc po ślubie! Dlaczego jeszcze nie jesteś w ciąży?” itp. Presja, presja i depresja.

Rozumiem, że niestety żyjemy w czasach silnego nacisku na perfekcyjność, ale czy można z kogoś robić na siłę rodzica? Na kogo ma spaść ten obowiązek, to w końcu spadnie. Nieważne czy w sposób z góry zaplanowany czy w postaci „kinder niespodzianki”. Myślę, że w tym wszystkim najważniejsze to nauczyć się kochać swoje dziecko. Ja codziennie otrzymuje nową lekcję. Staram się rozsądnie obdarowywać miłością moich chłopców, jednocześnie mając nadzieję, że sama zasłużę na odwzajemnienie tego uczucia.

Dodaj komentarz