Piękny widok

Ludzi cieszą i wzruszają różne rzeczy. Jednych zachód słońca nad morzem, innych mały labrador próbujący złapać własny ogon, jeszcze kogoś rozczuli finałowa scena z filmu „Uwolnić orkę”. Co mnie aż tak mocno ostatnio wzruszyło, że powstał ten wpis? Otóż były to zadziorne uśmiechy na twarzach moich Chłopców po przebytej chorobie.
Nie mam pojęcia jakim cudem moje dzieciaki złapały w zeszłym tygodniu wirusa. Nalot wrogich wojsk choróbska rozpoczął się u starszego potomka. Nagle dostał biegunki i zaczął skarżyć się na ból brzucha. Pomyślałam, że durna ze mnie matka i dzieciak czymś się zatruł. Szperałam w zakamarkach mózgu czym mogłam „uszczęśliwić” układ trawienny mojego dziecka. Nic w jadłospisach z ostatnich dni nie zgłaszało chęci przyznania się do winy, aż tu nagle „Eureka”! Winny się znalazł, przynajmniej tak wtedy sądziłam. Dumna ze swoich detektywistycznych dokonań obwiniłam małego, czerwonego pomidorka koktajlowego. Pomimo znalezienia sprawcy zatrucia i poratowania syna herbatkami, niestrawność zaczęła nabierać na sile. Wkurzona na siebie do granic możliwości zaśmiecałam swoją głowę oskarżeniami pt. „dałam mu o jednego pomidora za dużo”. Mały zdawał się być coraz bardziej zmęczony dyskomfortem jelitowym, a ja usiłowałam powstrzymać młodszego dziedzica od wdrapywania się na cierpiącego brata. Kiedy w końcu udało mi się zająć młodszego toną klocków, mój dzielny pacjent zwymiotował całą zawartość żołądka prosto na mnie. Moja droga dedukcji okazała się trafna, ponieważ ze spodni spływał pomidorowy przestępca.
„Masz za swoje!” – zdawała się mówić moja mina do resztek warzywa. Po ekspresowym ogarnięciu wystraszonego dziecka oraz siebie i najbliższego otoczenia, odetchnęłam z ulgą, iż najgorsze za nami. O ja naiwna. Co prawda syn przez chwilę zdawał się odzyskać humor, ale to było tylko złudzenie. Po niespełna godzinie horror jelitowy wrócił do nas na salony. Na szczęście młodszy skupił się na spożywaniu biszkoptów, więc mogłam spokojnie wspierać drugie dziecko w posiedzeniu łazienkowym. Jednak to musiał być jakiś wirus. Pojawiła się niewielka gorączka.
To okropne widzieć uchodzącą radość z dziecka. Jak na jego twarzy pojawia się lęk i zmęczenie. Dla mnie takie sytuacje są o tyle trudniejsze, że mam bardzo aktywne dzieci. Zdarzają się dni, w których dosłownie nie mam czasu usiąść nawet na 5 minut. Jak się chłopaki rozpełzną po mieszkaniu, to całodzienny jogging mam zapewniony. A w chwilach destabilizacji zdrowotnej, to przestają być moje nadpobudliwe Dziamdziaki. To cholernie boli. Po pierwsze sam fakt cierpienia dziecka a po drugie, że nie zawsze możemy mu pomóc w takim stopniu w jakim byśmy chcieli.
W środku dnia pościeliłam łóżko i pozwoliłam aby w telewizji leciały ciurkiem bajki. Być może to błąd. Ale miałam to głęboko w poważaniu, skoro na twarzy syna chociaż na chwilę zagościł niemrawy uśmiech. Mój hiperaktywny czterolatek zalegał w łóżku z gorączką. Czułam się bardzo nieswojo. Jakimś zrządzeniem losu młodszy tego dnia wyjątkowo umiał zająć się sam sobą. Biegając pomiędzy nawadnianiem jednego a karmieniem drugiego nawet nie zorientowałam się, że nastał wieczór. Zamiast około 21 mój Skarb usnął już przed 19. Wzięłam się za wieczorną toaletę młodszego i po powrocie Męża odetchnęłam z ulgą. W nocy to właśnie Ślubny zajął się starszym synem. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam kiedy odpadłam. Chyba zaraz po uśpieniu młodszego.

Następny dzień był odrobinę lżejszy. Obyło się bez środków przeciwgorączkowych i wymiotowania, a rozwolnienie zdecydowanie się osłabiało. Nasz pacjent grzecznie pił i nawet coś tam przegryzł. Ulżyło nam. Potem jak gdyby nigdy nic, wyzdrowiał i wrócił do poprzedniego poziomu aktywności psychofizycznej.
I jak to w życiu bywa, kiedy człowiek sądzi, że za chwilę nastąpi happy end, los musi dać mu mocno w ryj. Tego samego dnia, gdy starszy ozdrowiał, na jego brata czekała już rozwścieczona armia wirusów. Szlag mnie trafił to mało powiedziane. Już czuliśmy, że coś może być nie tak, ponieważ pod wieczór młodszy z chłopaków stracił chęć do wariactw. Niestety nie myliliśmy się. Malec spał bardzo niespokojnie aż do momentu, gdy spanikowana podniosłam go do góry fundując sobie nocną maseczkę z jego rzygów. Całe szczęście, że nie zasnęłam, bo młody mógłby zakrztusić się swoimi wymiocinami. Czasem uważam, iż mam więcej szczęścia niż rozumu w życiu. Po ciężkiej nocy poranek zdawał się chcieć nakarmić nas nadzieją i jak zawsze skończyło się na „chciał”. Oprócz męczących wymiotów doszło przeczyszczenie dolnych partii układu pokarmowego. Jak nie górą to dołem. Młodzian dzielnie nadrabiał ilość wypluwanej wody, a nawet podczas przebłysków lepszego nastroju udawało mu się coś podjadać. Znowu powtórka z rozrywki. Tym razem świadomi tego co nas czeka wiedzieliśmy dokładnie co mu podawać i jak wspomóc jego przeprawę. Skończyło się na stanie podgorączkowym i rozwolnienu.
Tak na prawdę poczucie bezpieczeństwa wróciło w momencie, gdy chłopcy zaczęli się wspólnie bawić. Te dwa zawadiackie spojrzenia i cwaniaczkowate uśmiechy pozwoliły mężowi i mnie w pełni się rozluźnić. Już nawet to, że i nas nie ominęły pewne dolegliwości chorobowe nie miało znaczenia. Nasze problemiki w porównaniu z widokiem bólu na twarzy dziecka to nic. My jako dorosłe istoty przeszliśmy to znacznie łagodniej. Ale nawet gdybyśmy cierpieli bardziej, to najgorsze co mogło nas zaboleć, to właśnie widok chorych dzieci.
Jak już wcześniej pisałam chore i nieszczęśliwe dzieci, to jeden z najgorszych koszmarów większości rodziców.
Żadna z naszych pociech nie była planowana. Ale jak już wielokrotnie wspominałam nigdy tej części naszego życia nie żałowaliśmy. Ani przez sekundę, nawet padając na pysk. I mimo tego, że wielokrotnie jesteśmy przemęczeni i sfrustrowani, to każdy uśmiech naszych synów jest dla nas najpiękniejszym widokiem na świecie.

2 Comments

Dodaj komentarz