Cool Mamuśki

Z rozmaitych stron internetowych można dowiedzieć się, że w obecnych czasach bycie mamą jest modne lub jak kto woli trendy. Podobno. Chyba przespałam kilka dekad i jestem nie „na czasie”. A może ja po prostu jestem już stara skoro takie określenia co do macierzyństwa są dla mnie abstrakcją. Jak rola matki może być rozpatrywana w kategoriach „fajności” a nawet „popularności”? Chyba coś mnie ominęło.

Z każdego zakątka medialnego i wirtualnego świata wyskakują super-matki. Z ekstra trójkołowymi wózkami najdroższej marki i gorącą kawą z popularnej kawiarni. Wszystko wskazuje na to, że dzisiaj trzeba być matką w pełni fashion, fit & healthy. Rozumiem zdroworozsądkowe podejście do życia i co za tym idzie dbanie o sylwetkę oraz odżywianie. Ale na litość skąd aż tyle nacisku? Najlepiej już po tygodniu od porodu mieć płaski brzuch, a nie dalej niż miesiąc po urodzeniu dziecka nosić rozmiar mniejszy niż przed zajściem w ciąże. W dodatku fajnie jest wrzucać zdjęcia bajerancko zdrowych pokarmów w towarzystwie pozostałych wykwintnych gadżetów. Paranoja.

Presja, którą matki narzucają sobie wzajemnie jest przykra. Wiem, że kobieta kobiecie wrogiem, ale prześciganie się w efektach odchudzania po narodzinach dziecka? Oczywiście, że fajnie jest wrócić do formy. Ba, jeszcze lepiej bez żadnych wyrzeczeń, ale czy rzeczywiście warto się katować? Czy warto gubić nadprogramowe kilogramy w ciągu tygodni zamiast miesięcy i w ten sposób konkurować z innymi rodzicielkami? Wydawało mi się, iż lepiej jest skupić się na dziecku i nowej roli, ale najwyraźniej to tylko wrażenie. Nie twierdzę od razu, że każdej matce tak mocno odbija. Zauważam jedynie tendencję wzrostową w tej dziedzinie. To w gruncie rzeczy martwiące. Dziecko nie powinno być fajnym dodatkiem do kolejnej tzw. „sweet foci”. Osobiście uważam za najfajniejsze te zdjęcia z dziećmi, które są spontaniczne, a nie pozowane i ustawiane po kilkanaście razy dla lepszego efektu.
Nie jestem w stanie zrozumieć pewnych tendencji. Nie kręci mnie przebieranie dzieci w stylowe ciuchy i wywracanie metek na wierzch. Ubranie to ubranie. Prędzej czy później i tak zostanie zasrane lub zarzygane przez uroczego bobasa. A czy kosztowało 1 zł na „lumpie” czy też 100 zł w butiku, to już mnie osobiście wisi. Być może jestem ignorantką. Może nawet aspołeczną i niemodną nudziarą potępiającą bycie „cool”. Tak czy inaczej w mojej głowie nie mieści się ten cały nowobogacki blichtr. Jeśli kogoś stać na drogie rzeczy, to super. Tylko po co się aż tak tandetnie z tym afiszować? Dlaczego tak łatwo podzielić matki na gorsze i lepsze? Fajne mamuśki to te wysportowane, w drogich ciuchach z córeczką z diamentami w uszach, a reszta to żałosne kury domowe ufajdane resztkami mlecznej kaszki. I mnie nie omija takie myślenie. Łapię się na tym, że czasami mijając lustro widzę siebie z niesfornym kokiem na głowie, naklejką na nodze czy rękami wymalowanymi w kosmiczne wzory. Czy to czyni ze mnie człowiek podkategorii? Nie mam w zwyczaju malować się idąc do osiedlowego „warzywniaka” po pomidory, więc nie jestem atrakcyjna? Siedzę z dzieciakami w piaskownicy mając piasek nawet we włosach, to znaczy, że jestem „fuj’? Takie pytania rodzą się w mojej głowie. Mam momenty zawahania czy aby na pewno godnie reprezentuję drużynę matek. Zastanawiam się jak powinnam wyglądać idąc z dziećmi na spacer. W końcu jestem tylko i aż kobietą, która lubi ładnie wyglądać. I w takich chwilach głowię się czy nie jestem za blisko granicy szaleństwa? Na ile i ja daje się wciągnąć w wir przymusu bycia trendy? Osobiście nie chcę dać się zwariować. Na sto procent nigdy nie wrzucę mdłego zdjęcia z dzióbkiem, synem i kubkiem kawy. Na tyle jeszcze mam do samej siebie zaufanie oraz szacunek do własnych dzieci.

Każdy ocenia siebie oraz innych przez pryzmat wypracowanego systemu wartości. To co dla mnie jest banalne i głupie dla kogoś innego może być szczytem marzeń. Ale ja to ja. Nie mówię jak żyć. Opowiadam jak żyję. 

Dodaj komentarz