Szara sukienka

Ślub to jedno z ważniejszych wydarzeń dla osób, które decydują się na ten krok. Wiele dziewczyn marzy dniami i nocami o długiej, zwiewnej, wręcz bajkowej sukni. Oczywiście muszą być idealnie dobrane do niej dodatki, kwiaty, samochód (czasem nawet limuzyna), fryzura no i na końcu przyszły Pan Młody pasujący pod kolor. Żarty żartami, ale w większości przypadków ślub i wesele mają mieć magiczną oprawę. W końcu to jedna z nielicznych okazji w życiu kobiety, gdy jest ona w samym centrum zainteresowania, a „ochy” i „achy” latające w jej kierunku zdają się być niepoliczalne. Piękny to widok. Takiej disney’owskiej księżniczki i dopasowanego do niej na jeden dzień świata.

W mojej rodzinie wszystkie zaślubiny odbywały się „po bożemu”. Każda z uroczych szwagierek i kuzynek miała błyszczącą suknię z salonu, piękny welon czy inny gadżet, białe buty, cudowną wiązankę, a niektóre nawet super brykę. Jedni z ciotek i wujków pozaciągali kredyty na wydanie potomstwa, inni akurat wygrali w lotka, pozostali mieli po prostu farta i posiadali grube portfele.
Śluby miały miejsce tradycyjnie w kościołach. Później imprezy weselne w zależności od stanu zamożności odbywały się w rozmaitych salach lub mini pałacach. Wystawne obiady przygniatały stoły, a orkiestry lub DJ’e umilali zebranym czas posiłków i zabaw. Wielkie torty wjeżdżały o północy i ku mojemu rozczarowaniu żadna z panien nie uciekła w jednym pantofelku. Przynajmniej coś nieprzewidzianego miałoby miejsce, a tu nic. Standardowo, według ścisłego planu, tak jak wszyscy inni. Zapewne 90% ludzi kręcą właśnie takie uroczystości. Nie mam zamiaru kogokolwiek zniechęcać do tradycyjnego ożenku. Po prostu dla mnie jest to za bardzo oklepane. Może po prostu byłam na zbyt wielu podobnych wydarzeniach. Tak czy siak moja prywatna wizja w jakiś sposób odbiega od widzianych przeze mnie weselisk. Ale moje marzenia póki co schowam głęboko do kieszeni i może sięgnę po nie kiedyś.

Jak natomiast u mnie wyglądał TEN DZIEŃ?

Zabawnie. Przynajmniej dla mnie i gości. Decyzja o zamążpójściu była spontaniczna. Narzeczeństwem już jakiś czas byliśmy. Mój Luby pokusił się nawet o kupno pierścionka zaręczynowego, jednak ślub nagminnie odkładaliśmy. Pomiędzy dniem założenia pierścionka, a datą utraty wolności minęło parę miesięcy i kilka przykrych zdarzeń. Czasu jednak cofnąć nie potrafiliśmy, więc trzeba było nauczyć żyć się dalej.
Pewnego wieczoru siedząc wygodnie w fotelach rozpoczęliśmy temat ewentualnego zalegalizowania naszego związku. I tak od słowa do słowa, od daty do daty podjęliśmy wspólnie decyzje. Dzień wybrany, świadkowie też, miejsce oczywiste. Nawet miałam dokładną wizję jak będą wyglądały kwiaty i obrączki. Jednogłośnie wszystko zatwierdzone. Teraz pozostaje zgranie wszystkiego i… nie informowanie nikogo o tym radosnym wydarzeniu. Uświadomieni z racji funkcji zostali oczywiście świadkowie i jeszcze kilka najbliższych osób, których nie uwzględniliśmy na liście gości. Zaproszeni zostali tylko świadek ze świadkową. O tyle fajnie się złożyło, iż byli parą. Termin w urzędzie uzgodniony. Obrączki formowane były z zebranych złotych pamiątek. Tak nudno-sentymentalnie żebyśmy mieli coś po swoich bliskich przy sobie. Bukiet herbacianych róż zamówiony, jeszcze tylko sukienki brak. A to ponoć najważniejsze.
Jestem osobą, która nienawidzi włóczenia się po sklepach. A już kupowanie ciuchów w moim wykonaniu to istna tragedia. Przymierzanie garderoby, to dla mnie koszmar. Jednak pomimo całej mojej niechęci do ubrań, odniosłam sukces wybierając konkretny strój. Mój Partner miał o tyle szczęście, że posiadał odpowiedni na tą okazję garnitur.
Świadkowie zjechali się dzień wcześniej aby pomóc w „przygotowaniach”, które ograniczyły się do upieczenia ślubnego ciasta i zapewnienia Panny Młodej, że nie ma w sukni ślubnej pięciodrzwiowej dupy, a jedynie trzydrzwiową. Wszystko szło jak z płatka, poza moją chęcią odwołania wszystkiego „za pięć dwunasta”. Nie przejmując się moim fochem, trafiliśmy na umówioną godzinę do USC. Ślub brałam w szarej sukience o prostym „biurowym” kroju oraz butach o zbliżonym odcieniu. Tak jak chciałam. minimalistycznie i nie mając nic wspólnego z bielą. Róże pasowały do popielatej kolorystyki. Ożywiały ją swoją nasyconą barwą. Obrączki, które chwile później znalazły się na naszych dłoniach były proste, bez żadnych dodatków i zdobień. Takie zwykłe, wyjęte żywcem z „Władcy Pierścienia”. Dla nas – idealne. Nam wystarczyło spojrzenie drugiej osoby. To było najważniejsze. Uczciliśmy naszą słodką naiwność małżeńską lampką szampana i pojechaliśmy do domu. A tam czekał na nas ukochany Syn oraz weselny sernik z kolorowym sloganem „Wedding Sex”. Po zrzuceniu „wyjściowych ubrań” zasiedliśmy do świętowania i zabawy z dzieckiem.
Tak właśnie wyglądał jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Dla mnie był taki jaki miał być. Łącznie z porannym obrażeniem się i wieczornym dogryzaniem. Tak właśnie wygląda moje życie. Raz wesoło, raz nie. I taki też miał być TEN DZIEŃ. Taki jak inne. Dlaczego? Ponieważ tak naprawdę nic między nami nie zmienił. Czy przed ślubem, czy po, kłócimy i kochamy się tak samo. Jedyne co nas zmienia to nabywane doświadczenie, a nie fakt zaobrączkowania. Wyjście za mąż nie sprawiło, że kocham swojego Partnera mniej czy bardziej. To przecież ten sam facet. Zmianie uległo tylko moje nazwisko i obciążenie na serdecznym palcu. Nic więcej.
Ja nie potrzebowałam ślubu oraz wesela z prawdziwego zdarzenia. Są tacy, którzy tego potrzebują. Ich sprawa, ich radość. Za nic nie zamieniłabym tamtego dnia. Był mój i mojego teraz już Męża. Był, jest i będzie TYLKO NASZ.

2 Comments

  • Hej, zajrzałam tu przypadkiem pierwszy raz. Zaintrygował mnie post o ślubie, ponieważ zdaje się, że jestem tak samo aspołeczna jak Ty i taki schemat bardzo mi się spodobał.
    Ciekawi mnie tylko, jak zareagowały na fakt zaślubin wasze rodziny? Był mega dym? Że jak to, bez wesela, bez gości? :-)

    • Sama decyzja o ślubie zapadła w sumie spontanicznie. A z racji tego, iż od razu mieliśmy nakreśloną wizję tej uroczystości, to nie informowaliśmy praktycznie nikogo. Podzieliliśmy się naszym szalonym pomysłem jedynie z moją mamą oraz cioteczną babcią oraz ciocią szanownego Ślubnego. Zaznaczyliśmy jedna na wstępie, że żadnej imprezy nie chcemy. A o ślubie kościelnym to już w ogóle nie było wtedy mowy. Oprócz mojej matki, która oczywiście ma żal do nas za brak zaproszenia, to ciocie i babcie były super wyrozumiałe w tej kwestii.
      Szczerze mówiąc to nawet nie pamiętam czy już po fakcie rozsiewaliśmy tą informację po rodzinach na prawo i lewo. Na pewno ktoś miał pretensje i poczucie skrzywdzenia z powodu naszych decyzji. To nie ulega wątpliwości. Ale wyszliśmy z założenia, że to nasz dzień i mamy czuć się swobodnie. Także o wkładaniu pozłacanego kija w dupę pod białą sukienkę nie było mowy.
      Być może kiedyś w ramach odnowienia przysięgi zrobimy skromną imprezę dla najbliższych :)
      Nie wyobrażam sobie siebie w wystawnej bezowej kiecce biegającej między setką gości. Uważam, że najważniejsze to poczucie swobody w tym dniu. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz