Zesraj się, a nie daj się!

Dzisiejszy dzień uświadomił mi jak wysoki poziom głupoty utrzymuje się w moim krwiobiegu.
Szanowny Małżonek miał całodniową konferencję. Mnie natomiast czekał kolejny miły dzień w towarzystwie dwóch małych potworów. Miałam przez chwilę złudną nadzieję na odrobinę zabawy, jakiś spacer, może nawet zbudowanie mega garażu. Pragnienia mają to do siebie, że szybko się rozmywają.

Rano tradycyjnie udałam się do pobliskiego sklepu aby móc zapełnić puste męskie żołądki. Wielce uradowana wróciłam, nakarmiłam swoje stadko i odprawiłam Ślubnego. Na polu bitwy pozostałam ja i dwóch osobników zwanych potocznie Synami. Oh, jak krótkotrwałym doznaniem okazały się strzępy mojej radości. Tradycyjnie już po śniadaniu i porannej toalecie miejsce miało rytualne ściąganie skarpetek. Ostatnimi czasy obaj chłopcy z uporem maniaka pozbywają się okrycia stóp. Dlaczego? Tego zapewne nie wie nawet sama królowa. Ganiam wytrwale na zmianę to za jednym, to za drugim, wręcz w locie zakładając pasiaste stopki i zanim zdążę dorwać drugiego fanatyka bosych stóp, ten pierwszy kończy demontaż lewej skarpety. Trzy głębokie wdechy i zaczynamy maraton od nowa. W rezultacie po wielu prośbach i tłumaczeniach poddaje się. Chcą to niech buszują po panelach boso. Wynik pierwszej połowy: 1 do 0 dla Dziamdziaków. Lekko już spięta z powodu sromotnej klęski decyduję się upiec tort. Mąż miał urodziny, więc ambitnie postanowiłam wykonać pierwszy raz w życiu prawdziwy tort. Dzieciarnia zajęła się całe 10 minut sobą, dzięki czemu mogłam wsłuchiwać się w dźwięki pracującego robota kuchennego. Błogostan został przerwany głośnym „aaaaaa!!!” co zaowocowało moim sprintem do pokoju oraz porzuceniem niewinnych białek. Zlokalizowanie dzieci, ocena sytuacji i wkroczenie do akcji. Rozdzielenie tych potworków to nie lada wysiłek. Podczas, gdy starszy usiłuje zrobić „buca” młodszemu, który odwdzięcza się bratu wyrywaniem włosów, ja staram się jak zawsze wykazać cierpliwością i spokojnym tonem. Udaje mi się w końcu rozdzielić łobuziaki i szybko układam w głowie moralizujący monolog. Teoretycznie siedzą na tyłkach, praktycznie rozpełzają się po kanapie. Swoje powiedziałam,jest chwila spokoju, więc mogę iść dalej ubijać pianę. Drobne ziarenko sukcesu zaczyna kiełkować. Do czasu potężniejszego w wydźwięku „aaaaaa!!!”. Wbiegam do pomieszczenia, w którym dokonuje się zbrodnia potykając się o czerwone autko i co widzę? Chłopcy znowu się szarpią. Tym razem potrzebuję pięciu ekspresowych wdechów, by wkroczyć do akcji. O ja naiwna matka. Siła odśrodkowa wciąga mnie pomiędzy chłopaków i zostaję ranna na polu bitwy. Proszę, wręcz błagam o spokój starając przedrzeć się przez ścianę pisków i wrzasków o wysokiej częstotliwości. Czuję jak powoli łzy zamazują mi obraz. Zaciskam zęby, bo w końcu jestem matką. Muszę być silna i nieugięta! Sukces. Mimo odniesionych obrażeń moi potomkowie podpisują pakt o chwilowej nieagresji. Mogę powrócić do próby sklecenia masy na biszkopt. Kilka minut ciszy oraz spokoju i ciasto ląduje w piekarniku. Udało się. Ruszam dziarskim krokiem do pokoju, gdzie urzędują moi chłopcy i siadam między nimi z jakimiś wierszykami dla dzieci. Czytam czując jak gardło mi się zaciska. Starszemu nie spodobał się pomysł z czytaniem. Ton pretensji przechodzi w krzyk, a ten przeradza się w nieznośny wrzask. Od tygodnia mam zapętlony ten histeryczny scenariusz.

Nie daje rady. Płaczę sama w sobie. Przecież dzieciom nie mogę pokazać łez a także słabości.

Sytuacja chwilowo wycisza się. Klocki idą w ruch. Mogę posprzątać. Zetrzeć kurz z mebli i parapetów, wypucować armaturę, odkurzyć i umyć podłogi, a nawet lodówkę w środku. Wyłączam piekarnik, podaję chłopcom obiad, padam na pysk.

Nie narzekam na swój los. Sama sobie tak pościeliłam. Jedynie zdarzają się takie dni jak dzisiejszy, kiedy mam dosyć. Mocniej odczuwam zmęczenie fizyczne jak i psychiczne. Robi się ze mnie zdeprymowany flak.

Biszkopt padł. Obiad zjedzony po kolejnej awanturze, nie mam nawet ochoty na herbatę. Pragnę kilku sekund ciszy. Pomimo babcinej obecności i tak jestem skazana sama na siebie. Wywieszam kolejne pranie, a w myślach wyobrażam sobie drugie podejście do tortu.

STOP. Tu jest przerwa na głupotę. Na mój odcień kretynizmu.

Po co do cholery? Nie mam siły a jak ostatnia kretynka zabieram się za sprzątanie i robienie ciasta. Przecież dzień wcześniej wysprzątałam całą chałupę. Idiotka ze mnie. Chce żeby wszystkim w koło było przyjemnie i dobrze. Padnę a zrobię to, co zaplanowałam. Chyba przy porodzie wycieli mi również mózg. Czy mój Partner potrzebuje do szczęścia lśniącego perłową bielą kibla? A może dzieciom przeszkadzają ręczniki ułożone inaczej niż kolorystycznie? Tak na prawdę to ja sobie sama narzucam zbyt wiele obowiązków, a co gorsze nie daję sobie pomóc. Wolę szurać nosem po betonie niż obciążyć kogoś moimi obowiązkami. A Mąż mówi, że lubi zmywać. Podłoga nie zawali się po jednym dniu bez odkurzania. Komu ja chcę udowodnić, że jestem super matką? Chyba tylko sobie, bo moim trzem chłopakom nie muszę.

Potrzebuję odpoczynku. To fakt. Ale działam stricte masochistycznie. Ktoś kiedyś powiedział, iż „nie da się zrobić więcej niż się da”. Może i ja powinnam się zastosować do tej sentencji i sporo wyluzować? Raczej na sto procent. Tylko czy po tym nie zjedzą mnie wyrzuty sumienia? Jak mam uczyć własne dzieci dorosłego postępowania skoro sama nie potrafię wykazać się rozsądkiem?

Dopada mnie ta przesadna obowiązkowość. To wkurza. Muszę dać robić coś innym, pozbawiając siebie przymusu niezdrowego zesrania się.

2 Comments

Dodaj komentarz