rope

Diagnoza z miłości

Kilka dni temu na jednym z moich ulubionych blogów jego Autorka zawarła w swoim poście intrygujące pytanie:

„Czy można kochać bardziej?”
Od momentu zapoznania się z treścią wpisu Noemi zagadnienie to błąkało się uporczywie w mojej głowie.
Kocham moje dzieci, to niepodważalny fakt. Jednego dnia jestem super matką, a innego trochę mniej fajną. Pomimo tego miłość do moich chłopców jest tak samo silna. Jednak każdego z nich uczyłam się kochać w inny sposób. Po pierwszym porodzie zmagałam się z depresją poporodową oraz przykrymi następstwami „cesarki”. Podczas drugiego wydawania na świat potomka poszło lżej. Sam zabieg zniosłam o wiele lepiej niż debiut. Także za sprawą odmiennej sytuacji osobistej oraz innych aspektów, udało mi się ominąć szerokim łukiem wszelkie dołki. Chłopcy różnią się od siebie niesamowicie. Do każdego z nich mam inne słabości, ale o takim samym natężeniu emocjonalnym. Żadnego nie faworyzuje, ponieważ nie uznaję takiego postępowania. Może i nie jestem tak do końca poprawna politycznie, ale uważam, że szacunku oraz miłości względem rodzeństwa każdego należy nauczyć. Tylko czy rzeczywiście „można kochać bardziej?”.
Mam wrażenie, iż w moim przypadku moc uczucia wzrasta proporcjonalnie każdego dnia. Po prostu. Ta siła sama z siebie wyszukuje kolejnych szczegółów dostarczających mi nowych puzzli do kochania. Zabrzmi to okropnie sentymentalnie, ale coś jest w tym, że kocham moich trzech chłopaków nad życie.
Skończę już z tym uczuciowym bełkotem i przejdę dalej.
Pierwszy syn urodził się po kilkunastu godzinach od pierwszego skurczu. W międzyczasie wykonano mi garść podobno niezbędnych zabiegów. Lekarzem nie jestem, więc nie mogę stwierdzić czy były one zasadne czy nie. Stało się i już. Najważniejsze, że w końcu zrobili mi cięcie cesarskie a pierworodny otrzymał dziesiątkę (w skali Apgar). Malec rozwijał się prawidłowo, wszyscy byli nim zachwyceni a ja powoli starałam się wygramolić ze zgniłych dolin własnego cierpienia. Udało się. Przy delikatnym wsparciu koncernu farmaceutycznego, ale w końcu dałam radę. Tak na prawdę nauczyłam się cieszyć macierzyństwem dopiero po wyprowadzce z domu. Mały miał siedem miesięcy a ja byłam cała dla niego pozostawiając problemy w rodzinnym mieście. Było ekstra. Zwiedzaliśmy otaczającą nas przestrzeń, poznawaliśmy zakamarki domowych czeluści i zamienialiśmy w magiczny sposób każdy napotkamy przedmiot w zabawkę. Bardzo miło wspominam tamten okres. Stanęłam na wysokości zadania mimo skoku na głęboką wodę.
Wszystko zdawało się układać po naszej myśli. Jako żółtodziób w roli rodzica dość przesadnie wyłapywałam niektóre zachowania synka. Niepokoiło mnie, że na przykład jeszcze samodzielnie nie staje czy nie chodzi. Martwiła mnie jego niechęć do brudzenia się jedzeniem, a także awersja do dotykania niektórych rzeczy. Nie lubił jak mu czytałam i łapał drobne „zawieszki”. Za to potrafił świetnie spędzać czas z psem. Uwielbiał również jeździć z nami samochodem na długie wycieczki. Z upływem miesięcy doszły między innymi kłopoty z pożegnaniem smoczka czy nauką korzystania z nocnika. Bliscy uspakajali mnie teorią mówiącą, że każde dziecko rozwija się we własnym tempie. Szczerze? Ja bardzo chciałam w to wierzyć. W dodatku niemiłosiernie irytowały mnie porównania do innych dzieci. Dla mnie moje dziecko było i jest najlepsze na świecie! I niech robi sobie postępy we własnym rytmie.
Jednak z biegiem czasu oraz nasilającą się presją środowiska matczynego, zaczynałam pomału wątpić w prawidłowość rozwoju swojego szkraba. Dlatego zdecydowaliśmy się na wizytę u specjalisty. Psychiatrę poleciła nam Pani Położna z przychodni. Z małym pacjentem pojechał mój Partner, ponieważ ja byłam usidlona przez małą „mleczną pijawkę”. Mądry Pan Doktor syna obejrzał, coś „pohyhał” i obwieścił mojemu Ślubnemu, że on nic złego w dziecku nie widzi, a jeśli malec nie zacznie płynnie mówić do czwartych urodzin, to żeby wtedy pojawić się na kolejnej wizycie. Mąż streścił mi wszystkie informacje i w większym stopniu uspokoił.”Widocznie tak jest mój syn’ – pomyślałam. To moje dziecko, więc dla mnie nie ma znaczenia czy jest grzecznym aniołkiem czy nadpobudliwym diabełkiem. Kocham Go i już! Temat schowaliśmy głęboko w kieszeń.Miesiące mijały a młody przejawiał coraz dziwniejsze zachowania. Rozpoczęłam atak na samą siebie. Czułam się winna. Przecież ja nie potrafię nic zrobić dobrze, nawet matką jestem beznadziejną.
Obaj chłopcy rośli w ekspresowym tempie i równie szybko ja wyłapywałam różnice w ich rozwoju. To mniej więcej tak jakby ogień i woda byli rodzeństwem. Zapadł werdykt, aby udać się wcześniej do psychiatry. Tym razem postawiliśmy na znanego i bardzo dobrego specjalistę. Podczas krótkiej wizyty, na którą ja miałam tym razem przyjemność pójść dowiedzieliśmy się, że rzeczywiście coś jest nie tak. Lekarz zlecił kilka badań, między innymi EEG, TSH oraz badanie słuchu. Gdyby nie przyplątały się do nas po drodze dwie „jelitówki’, to już mielibyśmy za sobą badania wykonywane we śnie. Ale los bywa niesamowicie dowcipny i przewrotny, przez co udało nam się zrobić jedynie badanie krwi. W trakcie obu rekonwalescencji zmobilizowana do działania zaciągnęłam syna do poradni psychologicznej oraz neurologopedy. W obu przypadkach Panie potwierdziły, iż coś w głowie mojego malca nie funkcjonuje prawidłowo.
„Ale jak to?” – wykrzykiwałam w swoich myślach. Przecież on potrafi liczyć, czytać liczby, litery, jest bardzo inteligentny. Co, więc poszło nie tak? Powróciłam do poziomu obwiniającej się o wszystko kretynki. Nie docierały do mnie zapewnienia specjalistów, że to nie moja wina. To niczyje przewinienie. Po prostu coś w jego mózgu nie działa tak jak powinno i ma on problem z poprawnym odbieraniem świata. Ochłonęłam. Zaczęłam działać. Terminy badań, wizyt u logopedów, psychologów, pedagogów, neurologów ustalone. Teraz cierpliwie czekamy żeby poznać diagnozę. Nie boje się. Niezależnie od tego czy to zaburzenia sensoryczne, autyzm, adhd czy jeszcze inna jednostka chorobowa, nie przeraża mnie to. Zarówno dla mnie jak i mojego Męża nic to nie zmieni w relacji ze starszym synem. My znamy go właśnie takiego. I czy ktoś nada temu medyczne imię czy nie, to nie ma znaczenia. Dlaczego, więc chcemy poznać genezę tego wszystkiego? Aby móc pomóc dziecku oraz nauczyć się jak my mamy postępować żeby mu nie zaszkodzić.Czy można kochać bardziej? Zapewne można. Choć ja mam wrażenie, że nic nie jest w stanie zmienić skali moich uczuć do obu synów. Że właśnie już bardziej się na da kogoś kochać. To taka nieforemna miłość do nieskończoności. I tego nic ani nikt nam nie odbierze.

W tym miejscu pragnę podziękować Noemihttp://www.matkaprezesa.pl/ za prowadzenie bloga. Dzięki Niej oraz Prezesowi poszukałam informacji na temat SI i znalazłam miejsce, w którym ktoś nam pomógł i nie pozostawił z tym samych. Dzięki temu zaczęłam świadomie walczyć o zdiagnozowanie mojego syna.

Dziękuję.

2 Comments

Dodaj komentarz