Ekscytacja gównianym tematem

Jako osoba będąca daleka od potrzeby posiadania potomstwa zazwyczaj krytykowałam rodziców. Może nie tyle ich samych, co wszelkiej maści pełzająco-śliniące się pasożyty. Dla mnie jako nastolatki dzieci były złem ostatecznym oraz agonią młodości. Nie dość, że te małe diabełki srały gdzie popadnie, brały wszystko do swoich bezzębnych otworów gębowych, to jeszcze non stop ryczały. Wraz ze wzrostem zaczynały się coraz szybciej poruszać i mieć zbyt wiele wygórowanych potrzeb. Byłam zdecydowaną anty-fanką „bachorzątek” (tak arcydelikatnie w tamtych czasach je nazywałam).

Ja? Pragnąca wiecznej beztroski i zabawy rozpuszczona i bezczelna gówniara miałabym zostać matką? Hahaha NIGDY! Chyba nawet moja własna rodzicielka uważała to za apokaliptyczną wizję, ponieważ nie prezentowała mnie chętnie w tej roli. Skoro cały Wszechświat na czele ze mną był temu przeciwny, to po co zmieniać stan rzeczy? Ano po to żeby wywrócić moje życie i wyciągnąć na prostą, która jedynie czasami wpada w rezonans a nie faluje non stop.
Preludium mojej przemiany miało miejsce wczesną jesienią 2007 roku. Zostałam zwabiona, a ponadto sprytnie wyswatana przez znajomego na próbie kapeli, w której miał zaszczyt użyczać głosu. Tego dnia poznałam jak się okazało mojego przyszłego Męża. Niestety los Go nie oszczędził i władował w dość skomplikowaną relację ze mną. Nie rozwijając zbytnio tematu naszej popapranej miłości, mogę jedynie pogratulować Ślubnemu wytrwałości i cierpliwości w trwaniu przy mnie. Czapki z głów Kochanie!
Tak czy inaczej do tej pory papiery rozwodowe nie zostały wypełnione i trwamy w tym uczuciu.
Po tym jak po kilku „błędach młodości” ostatecznie stanęłam na nogi i mieliśmy zasmakować odrobiny normalności okazało się, że zaszliśmy w tym świętowaniu o krok za daleko. W bezpłodnej mnie rozwijało się maleńkie żyjątko pragnące zostać naszym dzieckiem. Los miał cholernie dowcipne poczucie humoru i ewidentnego kaca w tamtym czasie. O ile mój Partner nadawał się na Super Ojca, o tyle ja w tej dziedzinie zasługiwałam na zsyłkę na „bezdzieciową” wyspę na środku Oceanu Atlantyckiego. A jednak. W jakiś wiatropylny sposób zostałam zapłodniona. Nie żebym nie brała udziału w procesie tworzenia, ale i tak mocno nas zaskoczył efekt baraszkowania. Tak po prostu w ciągu sekundy staliśmy się rodzicami kilkutygodniowej istoty rozwijającej się w mojej prywatnej macicy.

Stało się. Po kilku miesiącach oraz przybraniu na wadze ponad dwudziestu kilogramów na świat przyszedł Pierworodny. Radość zalewała nas na przemian ze strachem. Teoretycznie wiekiem byliśmy gotowi do bycia rodzicami. Jednak rzeczywistość dała nam mocno po gębach. W dodatku sami rzuciliśmy się na głęboką wodę decydując się na wyprowadzkę z dużego miasta i z dala od rodziny. W nowej lokalizacji znajdowaliśmy się: mój wtedy jeszcze Partner, nasz siedmiomiesięczny syn i pies.
Ku mojemu zaskoczeniu odnalazłam się w sferze matkowania. Wreszcie coś oprócz zwlekania się z łóżka w południe, a także notorycznego stawania na wadze zaczęło dawać mi przyjemność. W niewielu rzeczach jestem dobra. W dodatku mój wrodzony słomiany zapał nie ułatwiał mi pewnych działań. Aż tu nagle urodziłam dziecko i zaczęłam się spełniać.
Nie były mi obce tematy kup, ulewania. bekania, płakania i kilkugodzinnego noszenia malca na rękach. Wtedy jeszcze przy jednym dziecku rzadko odczuwała przemęczenie. Każdy dzień przynosił nowe doświadczenia i opatulał poczuciem dobrej egzystencji. Było po prostu fajnie.
Moja radocha zyskiwała fanów. Przeważnie w gronie osób posiadających lub chcących posiadać potomstwo. Nie odczuwałam specjalnie żadnej alienacji. Na spacerach, w markecie czy jeszcze gdzieś indziej ludzie chcieli współdzielić moje szczęście. Teraz z upływem czasu myślę, iż była to kwestia miejsca. Co by nie powiedzieć, to jednak inaczej płynie czas w dużym mieście a mniejszej miejscowości. Inne są priorytety, potrzeby itd. Tak czy inaczej tam cały świat nadążał za moim macierzyństwem. Mimo tego zatęskniłam za smrodem i hałasem miejskim. Z tego oraz kilku innych mniej swobodnych powodów zdecydowaliśmy się na powrót do wielkomiejskiego zgiełku.
Okazało się, że spotkania ze znajomymi są zdecydowanie łatwiejsze i miejsc na spacery też jakoś przybyło. Dobry czas zdawał się przenieść razem z nami. Ale wszystko co piękne kiedyś umiera.

Wśród naszego wąskiego grona znajomych niewiele osób w tamtym czasie zdecydowało się na powiększenie rodziny. W sumie tylko my tworzyliśmy przykładną familię. Nikomu to jednak nie zawadzało. Niektórzy nawet zachwycali się chłopcami. Tak, po powrocie w rodzinne strony znowu w niesamowity sposób zaciążyłam. Wracając do tematu. Ja starałam się ogarnąć z dwójką szkrabów i studiującym małżonkiem jednocześnie godząc to z normalnym funkcjonowaniem dwudziestolatki. Jaka jestem głupia przekonałam się niebawem. Z początku większość znajomych ekscytowała się dzieciarnią. Niemniej jednak i to zaczęło słabnąć. Mnie jako matkę cieszyły gówniane tematy. Skakałam aż do sufitu, kiedy po dwudniowym zastoju mój syn oddał przepiękny stolec. Albo wyrażałam zniecierpliwienie niechęcią starszego syna względem nocnika. Te oraz zbliżone tematy były moją codziennością. Oczywiście nie zadręczałam tym za bardzo innych ludzi, ale niektórych spraw dziejących się na bieżąco nie dało się nie skomentować.
Bardzo starałam się nie męczyć ludzkości sobą jako matką. Poza tym potrzebowałam odskoczni od rodzinnego chaosu i odrobiny normalności. Teoretycznie było ok. Aczkolwiek z biegiem czasu spostrzegłam, iż lepiej czuję się w towarzystwie „dzieciatych” osób. Tu nikt nie patrzył na mnie krzywo podczas komicznego „gugania” czy wydawania dźwięków naśladujących lądujący samolot podczas karmienia. Zauważyłam, że ewidentnie nudzę znajomych. Zamiast opowiadać jak ledwo trzymałam się na nogach po ostatniej libacji, ja mogłam „pochwalić” się tylko przespanymi ciurkiem pięcioma godzinami w nocy. Zamieniłam się w drętwą żonkę i mamuśkę. Nie imprezowałam co tydzień, nie zmieniałam partnerów co miesiąc i nie płakałam w poduszkę z powodu domniemanej zdrady. Ja miałam dom, Męża i dwa Dziamdziaki. To był mój świat. Nawet jeśli momentami nienawidziłam osobistej rzeczywistości, to właśnie tu było moje miejsce. Pomimo narzekania i bluzgania na wczesne macierzyństwo nie chciałabym cofnąć czasu. Raz jest lepiej, a raz gorzej, ale w gruncie rzeczy jestem szczęśliwa. Nie potrzebuję już balowania i upijania się. Ja odpowiednią ilość ciężkich poranków mam za sobą. Mężczyznę też mam odpowiedniego a w dodatku kochającego.
Czasami czuję się pomarszczoną staruchą. Grono moich znajomych zaliczyło silny przesiew ludzi. Rzeczywiście zostali głównie Ci z dziećmi lub tacy, którym nie straszne opowiadania o ząbkowaniu. Czy żałuję? Nie. Dzięki temu wiem dla kogo jestem ważna niezależnie od mojej życiowej sytuacji. Zdecydowanie lepiej mieć mniej ludzi wokół siebie, ale za to wartościowych. Jakość nie ilość jest istotna. Poza tym, no cóż ja tam już mam swoje miejsce na ziemi, a ludzie przychodzą i odchodzą.

Dodaj komentarz