Kara i nagroda czy może olanie i swoboda?

Wychowanie dziecka na porządnego człowieka to trudna sprawa. To zadanie wymaga od nas ogromnego nakładu cierpliwości, a także uzbrojenia się w strój pancernika odpornego na niepowodzenia. Opieka nad dzieckiem niezależnie od jego wieku, to ciągła walka o to, czyje będzie na wierzchu. Już małe rozkoszne diabełki wiedzą jak skutecznie manipulować rodzicami. A to żeby wzięli na rączki tak bez potrzeby albo dali tą konkretną butelkę, a nie inną pomimo tej samej zawartości. Im potomek starszy tym szybciej i sprawniej opanowuje sztukę wymuszania. Nie twierdzę, iż grzeczne dzieci nie istnieją. Raczej staram się ukazać mój podziw dla sprytu tych małych istotek. Jesteśmy ssakami, więc walka o pozycję w rodzinie czy stadzie jest nieunikniona.

Szczerze mówiąc przeraża mnie wizja etapu młodzieńczego  moich synów. Dwóch kombinujących facetów, w których hormony buzują tak silnie jak mentos wrzucony do coli. Oj, żeby żaden z nich nie przechodził buntu w choć odrobinę zbliżonej formie do mojego. Jeśli sprawdzi się ten czarny scenariusz, to krótko mówiąc mam przesrane. Ale nie wybiegajmy w przyszłość, która bezlitośnie upiększy mnie zmarszczkami i innymi zwisami.

Post ten ma traktować o metodach wychowania. Jak wiadomo w obecnej rzeczywistości kładziony jest olbrzymi nacisk na tzw. bezstresowe wychowanie. Przyglądając się dzisiejszej złotej młodzieży, zastanawiam się czy takie stuprocentowe pobłażanie nie stworzy pokolenie idiotów zdolnych jedynie do obsługi kolejnego smartphone’a. Mam wrażenie, że wielu rodziców pozwala swoim pociechom na za dużą swobodę. Często dzieci nie mają innych obowiązków niż nauka, czego i tak starają się unikać jak ognia. Dorośli notorycznie zaniedbują edukację dzieci na stricte życiowe tematy. Nie podejmują tematu seksu, bo przecież przez 18 lat dziecko jest ciągle za małe na takie rozmowy. W dodatku dzisiejsza młodzież nie zna w ogóle pojęcia szacunku. Dla nich wszystko musi być już teraz i natychmiast, a starsi potrafią tylko narzekać i marudzić. Rośnie nam pokolenie roszczeniowo nastawionych do życia gówniarzy. A dlaczego? Ponieważ niektórzy opiekunowie już w czasach pieluszkowych wolą mieć dzieciaka „z głowy”. O ile prościej jest puścić kanał z ogłupiającymi kreskówkami niż pokusić się o zbudowanej zoo z drewnianych klocków. Ja jak najbardziej rozumiem potrzebę odpoczynku od obowiązków względem potomstwa. Przecież od nadmiaru godzin spędzonych sam na sam z dzieckiem można trafić do wariatkowa. Ale nie wierzę, że jedynym wysiłkiem jaki skłonny jest wykonać rodzic, to naciśnięcie kilku guzików na pilocie. Przecież zabawa to bardzo fajna rzecz! Dodatkowo poza rozwojem dziecka, wspomaga również budowanie więzi rodzinnych. A nagminne tępe gapienie się w ekran? Najwyżej zrobi z mózgu budyń okraszony wadą wzroku.

Tak czy inaczej uważam, iż dzisiaj dzieci są zaniedbywane i olewane. Według mnie poza pozycją rodzic-przyjaciel, powinna być konkretna granica, kto co ma robić w tej relacji i jaką ma pełnić rolę. To ciężka sztuka współpracy ze sztywno ustalonymi zasadami. Ale sądzę, że warto.
Jako osoba często niezdecydowana w stosunku do Dziamdziaków staram się być konsekwentna. „NIE” poparte logicznymi argumentami znaczy „NIE”, a ewentualne teatralne  pokazy histerii stosowanej po prostu bezczelnie ignoruję. U mnie działa prosty system. Robisz aferę, nie mamy o czym gadać dopóki nie ochłoniesz. Uderzyłeś brata? Najpierw go przeproś, następnie wróć do zabawy. Może i spadłam z księżyca z moimi racjami, ale tak czuje i już. Jeśli szkrab zrobi coś samodzielnie lub odniesie inny sukces, należą mu się oklaski oraz gratulacje. Fajnie jest okazywać dziecku radość z jego postępów. A jak to działa w drugą stronę? Otóż tu trzeba nieraz zacisnąć zęby. Malec robi histerię przed wyjściem? Trudno. Rozbieramy się i czekamy na uspokojenie rozkołysanych nerwów. Taki powtarzający się schemat przynajmniej u mnie zdaje egzamin. Nie powiem, że jest słodko, miło i przyjaźnie. Bywa cholernie trudno, ale wiem, że warto. Skąd wiem? Otóż jako pokrzywdzona przez los jedynaczka miałam znacznie większy luz niż rówieśnicy. Nawet jeśli moja matka groziła szlabanem czy też odebraniem telefonu na dłuższy czas, zaraz wymiękała. Z natury nie należy ona do osób posiadających twardą rękę. Chwile pokrzyczała, a na drugi dzień zabierała mnie na przyjacielski wypad na zakupy. Kiedy teraz jestem matką, widzę jak wielu błędów dopuściła się moja rodzicielka. Co więcej wiem, że za żadne skarby nie zamierzam ich powielać. Tak na prawdę życia nauczyłam się dopiero wyprowadzając się z domu już jako matka i przyszła żona. Nawet mój Mąż posiadał większa wiedzę o funkcjonowaniu w dorosłym świecie.
Wyfruwając z rodzinnego gniazda byłam życiową pindą. Dopiero rzut na głęboka wodę zmusił mnie do podjęcia codziennych obowiązków. Może dlatego kładę tak wielki nacisk na te kwestie.
Reasumując ten wywód uważam, iż lepiej jest stosować na przykład system kar i nagród niż pozostawić dziecko samopas na pastwę gorzkiej rzeczywistości. Prędzej czy późnej i tak dostaną ostro po czterech literach. Natomiast dawanie dużej dawki wolności, często bywa jedynie unikaniem funkcji wychowawcy. Oczywiście nie dopuszczam żadnej formy przemocy, ale wytłumaczenie czegoś stanowczym tonem nikogo jeszcze nie zabiło. Z wersji ignorowanej, dzieciaki zaczynają mieć problemy natury osobistej. Nie potrafią odpowiednio ułożyć sobie dorosłego życia. A ich priorytety egzystencjalne zostają przewrócone do góry nogami.
Jak więc wychowywać potomka? Moim zdaniem należy być jego przyjacielem i wsparciem. Dziecko powinno mieć świadomość, iż może przyjść z każdym przewinieniem bądź kłopotem. I być spokojne, że nasza reakcja nie przybierze postaci potwornego ochrzanu, a rozwinie się jako sensowny dialog. Dodatkowym aspektem zaburzającym relację rodzinną jest wstyd. Każdy ma swoją indywidualną granicę prywatności. Jednakże fajnie żeby nasza pociecha nie czuła wielkiego skrępowania względem nas podejmując tematu z pod szyldu „tabu”. Osobiście nie wierzę w istnienie „TABU”. Skoro człowiek ma potrzebę poruszenia danego tematu, to widocznie potrzebuje znaleźć odpowiedzi i rozwiązania tego zagadnienia. Niemniej jednak przebywając w takiej aurze wzajemnego zaufania, dziecko musi znać mechanizm dziecięco-rodzicielski. To dorosły decyduje co można a czego nie i z jakiego powodu. Rzeczowe wytłumaczenie z wyraźnym podkreśleniem, kto tu rządzi może być przepustką do sukcesu. Ale o tym czy moje podejście jest dobre przekonam się dopiero za kilkanaście lat, kiedy to chłopcy dorosną i się rozmnożą. Znów zdaję się na swój kobiecy instynkt. Oby i w tym przypadku mnie nie zawiódł.

6 Comments

Dodaj komentarz