Kryzysowy przyjaciel

Dziś będzie trochę ponuro i przygnębiająco. W końcu marudzić też czasem trzeba.

Jako młoda dziewczyna bardzo chciałam być lubiana. Mocno przeżywałam każdą krytykę, a za ostudzenie kontaktów z kimś na kim mi zależało, obwiniałam się do wręcz niezdrowych granic. Zawsze chciałam zasłużyć na czyjąś uwagę i aprobatę. Zapewne wynika to z mojego charakteru oraz chorób jakie mam przyjemność nosić na plecach. Ale nieważne. Bywałam lepszym i gorszym człowiekiem. Aż do pewnego momentu.
Totalnego zamieszania i bałaganu w moim pokręconym życiu dokonał mężczyzna, który dziś jest moim Mężem. Pojawił się, oczarował, został i przetrwał aż do dziś. Nie każdy facet byłby w stanie przejść przez to co On i dalej kochać. A jednak mimo przeciwności losu udało mu się. Ciekawostką jest to, że zaraz po tym jak rozpoczęliśmy naszą relację, on oznajmił mi, iż kiedyś będę jego żoną i matką jego dzieci. Zgadnijcie kto po kilku latach miał bardziej zdziwioną minę.
Nie wdając się przesadnie w szczegóły, tak sobie wegetujemy wspólnie od kilku lat. Prowadzimy dość chaotyczne życie odbijające się niekiedy od dna do wyżyn. Jak większość młodych ludzi staramy się wyjść obronną ręką z prozy polskiej egzystencji. Ślubny pracuje i studiuje, ja siedzę z dzieciakami w domu, o który przy okazji dbam. Nie jest źle, ale wiadomo, że może być lepiej. Szanownego Małżonka jak większości zajętych mężczyzn nie ma całymi dniami. Najpierw zajęcia, wykłady itp. następnie praca. I tak dzień w dzień. Moją codziennością z kolei jest zapewnienie synom opieki oraz rozrywki, dbanie o porządek w domu, zakupy, gotowanie, pieczenie i inne obowiązki kury domowej. Tak, nie boję się użyć tego określenia. Jestem śmigającą w szortach i rozciągniętej koszulce t-T-shirt „panią domu”. Brzmi niezwykle seksownie i zachęcająco, nieprawdaż? Mimo wszystko póki starcza mi chęci i samozapału, to odpowiada mi taki model rodziny. Lubię zarówno gotować jak i spędzać czas z Dziamdziakami, a pucowanie kibla mnie odstresowuje. Wszystko fajnie do momentu wkroczenia mojego jakby to nazwać, hmmm… zjazdu? Remisji dołka? Zwątpienie w potrzebę istnienia mojej osoby? Może coś w ten deseń.
Po spędzeniu prawie dwóch lat 24 godziny na dobę z dwójką nader aktywnych potworków, czasami odczuwam zmęczenie oraz zalewającą mnie na stan rzeczy frustrację. Jeśli połączyć to z moim postrzeganiem siebie, to efekt mamy iście post-apokaliptyczny. Ja po prostu po ludzku czuję się samotna. Czyżbym grzeszyła tym śmiałym stwierdzeniem? Może, ale mam to głęboko w dupie, skoro tak się czuję. Nie mam zamiaru nadawać koloru mojej rzeczywistości jeżeli w danym momencie jest ona szara. Rozdzielmy pojęcia „sama” a „samotna”. Sama przestałam być w momencie, gdy w mojej macicy zaczęło kiełkować nowe życie. O ile przy pierwszym dziecku było trochę luzu z racji po pierwsze karmienia młodocianego mlekiem modyfikowanym, po drugie był on jedynakiem. Jakoś łatwiej było wszystko ogarnąć. Później po drugim porodzie było tylko coraz trudniej. Nasza „Świeżynka” w przeciwieństwie do starszego brata, preferowała moje cycki. I super. Karmienie piersią to fajna sprawa. Niezależnie od formy dostarczania dziecku mleka, na polu bitwy zostałam ja i dwójka maluchów. Mąż dwoił się i troił żeby mi pomagać, ale doby nie da się wydłużyć. Każde z nas miało swoje zadania i obowiązki i koniec. Na początku byłam przepełniona zmanierowaną pretensją – „jaka to ja biedna i nieszczęśliwa jestem, oh i ah”. W momencie, w którym do mnie jako zasranej księżniczki na ziarnku grochu dotarło coś oczywistego, wszystko zaczęło się powoli zmieniać. Oświecenie mojej fochowej strony charakteru pozwoliło mi zobaczyć w mężu człowieka. Dotarło do mnie, że przecież on też bardzo dużo robi i ma prawo padać wieczorem na pysk. Eureka chciałoby się krzyknąć. Kiedy dojrzałam do pewnych wniosków oraz gdy terapia zaczęła przynosić pierwsze efekty myślałam, że już nic mnie nie złamie.
Każdy z nas ma swoje życie, własne sprawy i problemy i rzadko kiedy potrafi wykrzesać z siebie odrobinę niezdrowego altruizmu. Doskonale to rozumiem, ponieważ sama fundowałam sobie kłopoty przedkładając problemy innych nad swoje. Jakoś poza wewnętrzną satysfakcją nie przyniosło mi to profitów. Zostałam zrobiona w balona. Wielokrotnie. Za głupotę i naiwność trzeba płacić, także pretensje mam wyłącznie do siebie.
Jednak do czego zmierzam poprzez to trucie i narzekanie. Do tego, że tak na prawdę nie mam Przyjaciela, który znajdzie dla mnie pięć minut na złapanie oddechu. Większość znajomych nie ma jeszcze dzieci. A Ci, którzy mają, to mają swoje życia. A ja tak strasznie chciałabym odezwać się do kogoś inaczej niż „a gu” bądź po raz setny danego dnia drzeć się „nie wolno”. Chciałabym mieć kogoś kto by rozumiał jak się czuję. Mąż mnie kocha, ale to facet. On inaczej patrzy na moje postrzeganie świata. A ja właśnie pragnę obecności w moim życiu kogoś do kogo w chwili słabości zadzwonię lub naskrobię maila – „kuźwa, jest mi źle i zaraz oszaleje”. Nawet żeby po drugiej stronie usłyszeć tylko znudzone westchnięcie. Fajnie jest mieć kontakt z kimś kto nas rozumie choć po części. Kogoś kto może się mi w taki sam sposób poskarżyć. Właśnie takiego „kryzysowego przyjaciela” do którego mogłabym napisać wieczorem bluzgającego maila o mijającym dniu.
Ja po prostu staram się powiedzieć, że będąc matką siedzącą z dziećmi można zwariować. I dobrze jest mieć kontakt z kimś o podobnej rodzicielskiej przestrzeni. A może tylko potrzebowałam sobie dziś pomarudzić. Zdecydowanie potrzebowałam chwili na wyżalenie się na temat mojego poczucia stężałej samotności i porzucenia. Tyle w temacie. Oby mi po umieszczeniu tego posta wreszcie ulżyło.

Dodaj komentarz