Nawyki do utylizacji

Każdy z nas ma wady i zalety. Grunt to umieć rozwijać swoje dobre strony i panować nad złymi nawykami. Najgorszą z opcji jest stanięcie w miejscu z miną sieroty i założonym rękami przyjmując postawę „bo taka/taki jestem”. Pójście na łatwiznę zawsze jest najprostszym rozwiązaniem. Natomiast wykrzesanie z siebie samokrytyki oraz wzięcie się w garść, to już gra nie warta świeczki.
Kiedy Pierworodny zaczyna swoją ukochaną litanię pt. nie mogę, mama nie mogę, to w odpowiedzi uzyskuje ode mnie zapewnienie: „Możesz. Musisz tylko spróbować i chcieć to zrobić.


W pewnym momencie doszłam do wniosku, że słowa „nie mogę” są doskonałą zasłoną dymną dla wielu sytuacji. Z czystym sumieniem „nie móc„, to ma prawo ktoś po amputacji nóg próbując wstać. Jeśli masz dwie zdrowe ręce i nogi a także sprawny umysł, to ograniczeniem może być śmierdzące lenistwo albo paraliżujący strach. Obie te rzeczy da się pokonać. Możecie mi wierzyć na słowo.
Ja nie mogłam wyjść z domu. Po „złapaniu” nerwicy nie byłam w stanie podnieść się na nogi bez przerażenia, że zaraz umrę. Wierzyłam, iż każdy krok może doprowadzić do nagłego skoku ciśnienia i zgonu. Uczyłam się każdej pierdoły od nowa. Pamiętam pierwszą po wypadku podróż autobusem. Zasłabłam chwilę po zatrzaśnięciu się drzwi. Na pierwszym przystanku zostałam wytoczona z publicznego pojazdu i do domu wracałam samochodem naćpana sporą dawką leków uspakajających. To uczucie duszenia pamiętam nawet po takim czasie. Przez ponad dwa lata konsekwentnie uczyłam się podstawowych rzeczy. Przebywanie wśród ludzi powodowało u mnie ataki zbliżone objawami do padaczki. Jednym słowem koszmar. Ale usiadłam, sprawiłam sobie przegląd ochrzanów wraz ze słowami wsparcia od najbliższych i powiedziałam do siebie, że jestem ostatnią kretynką. Miałam dwa wyjścia. Zgnić zatruwając rodzinę moją paniką albo wbicie do osobistej mózgownicy tego, że „MOGĘ„. Jakim cudem nie wiem, ale powoli udaje mi się realizować drugą wersję z czego jestem dumna. Mam świadomość, że to i inne „dolegliwości” pozostaną mi wierne do ostatniego tchnienia, mimo to postanowiłam nauczyć się z nimi żyć. I da się. Raz lepiej, raz gorzej, ale wykluczając całkowicie opcję „poddaj się”. Tego nie ma w mojej świadomości. Zwłaszcza od kiedy mam trójkę moich M. Ja mogę, ponieważ chcę.
Może właśnie za sprawą tego całego bagażu jestem wobec siebie aż tak bardzo krytyczna. Staram się stosować regułę aby od innych wymagać nie mniej i nie więcej niż od siebie samej. Dlatego powtarzam moim Panom, że mogą wszystko jeśli zechcą.
Oczywiste jest to, iż starego drzewa się nie przesadzi. Można za to podlać je innym niż dotychczas nawozem, który sprawi, że będzie lepiej rosło. Nigdy nie jest za późno na zmiany.
Teraz jednak przejdę do sedna, bo chyba za bardzo się rozpędziłam. Co pragnę zmienić w sobie co równocześnie wkurza mnie u innych matek? Już rozwijam wątek.
Przede wszystkim irytuje mnie mój i nie tylko mój brak konsekwencji. Niejednokrotnie zdarzało mi się odpuszczać walkę z młodocianymi żeby mieć chwilę spokoju. Tak na prawdę robię im tylko wodę z mózgu na przemian ulegając i karcąc ich za to samo. Nie ładnie z mojej strony.
Drugą sprawą jest przesadne uruchamianie panicznej reakcji na ból dziecka. Wiadomo, że jeśli malec zrobi sobie małe „bubu” należy go przytulić i pocieszyć zapewniając, że to nic takiego. Jednak równocześnie upominając szkraba żeby więcej tego nie robił (np. wchodzenia na stół).  Takie nadmierne użalanie się nad krzywdą dziecka nie wydaje mi się koniecznym zabiegiem. Lepiej zająć brzdąca czymś wesołym żeby szybciej zapomniał o mini-kolizji. 

Trzecim nawykiem jest „podzieciowe dojadanie”. Mnie udało się tego uniknąć, ale przyznam szczerze, że ubolewanie nad tuczeniem tyłka jest delikatnie mówiąc wkurzające. Nie jestem propagatorką wyglądu fit już w dwa tygodnie po porodzie. Uważam, że powrót do sylwetki sprzed ciąży powinien iść swoim własnym, naturalnym tempem. I nie ma znaczenia czy jedno ciało powróci do siebie po dwóch miesiącach a inny metabolizm zadziała dopiero po roku. To nie ma najmniejszego znaczenia. Moja gładka powierzchnia mózgu nie jest w stanie usprawiedliwić narzekających na tusze mam pochłaniających wszystko po swoim malcu. A to kaszka, a to słodki bananek czy ledwo nadgryziony wafelek w czekoladzie. Skoro oprócz normalnego rozkładu pokarmów dodatkowo fundujesz sobie słodkie dziecięce zapychacze, to nie narzekaj. Bierz na klatę świadome decyzje o wylądowaniu w paszczy kolejnej łyżki lukrowego kleiku.

Kolejną sprawą jest postawa idealnej matki, której i ja starałam się sprostać. Wszystko musiało być równo od linijki i o czasie. Posiłki, kąpiel, zabawa. Nawet kilkuminutowe obsuwy doprowadzały mnie do drżenia rąk. Niestety, ale w byciu rodzicem trzeba zaprzyjaźnić się z pojęciem dystansu. Zwłaszcza do siebie samego. Z takim sztywnym kijem w dupie daleko nie zajedziemy, a tylko skrzywdzimy dzieciaka robiąc z niego maszynę, a nie swobodnego człowieka.
Jestem zdecydowanie za sprawiedliwym traktowaniem wszystkich domowników. Dziecko w wieku nastu lat nie jest już łatwowiernym pelikanem łykającym bajeczki o rosnących drzewach w żołądku po zjedzeniu pestki. Dlatego jeżeli na przykład nie mamy silnej woli i nie możemy odmówić sobie pożarcia czekolady, to jakim prawem zabraniamy tego potomstwu? Wiadomo, że niemowlęciu czy troszkę starszemu dziecku musimy kierować jadłospisem w przemyślany sposób. Każdy rodzic lepiej lub gorzej zapoznał się z tym co możną dać dziecku w konkretnym okresie, a co jest kategorycznie zabronione. Natomiast argument dla nastolatka „nie, bo nie” bez idącego za nim wyjaśnienia jest ewidentnym brakiem szacunku względem młodego człowieka.
Aby zbytnio nie wydłużać wpisu i nie zanudzić Was Czytelników na śmierć, zbliżę się już łaskawie do końca monologu.
Nawykami, którym kategorycznie się sprzeciwiam jest spożywanie alkoholu w ciąży i po niej oraz palnie papierosów w trakcie tych dziewięciu miesięcy, a także przy dziecku. Nie masz ochoty szanować własnego zdrowia i życia? Ok, twoja sprawa. Ale jakim prawem decydujesz za własne dziecko? Konsekwencje przyjmowania jakichkolwiek używek przez dzieci zarówno w życiu płodowym jak i późniejszym są zabójcze. I każdy głupi to wie. Ale nie każdemu chce się pozbyć szkodliwych przyzwyczajeń. Na takie coś otwiera mi się nóż w kieszeni.
Na razie tyle. Będąc już na finiszu mogę jedynie zapewnić, że jeśli coś jeszcze wpadnie mi do głowy, to na sto procent trafi na łamy bloga.

7 Comments

  • Lubię, lubię, lubię! Od kiedy zaszłam w ciążę muszę mierzyć się ze swoją fobią, z którą walczyć kiedyś przestałam (a może nigdy nie zaczęłam) i udaje mi się. Wiem, że dzięki tej małej istotce mogę wszystko i że nie ma rzeczy niemożliwych, jest tylko nasze paskudne lenistwo i słowa "bo taka jestem".

    • Dokładnie. Zapewniam Cię, że dasz, tzn. dacie radę :) ja przez kilkanaście lat nie byłam w stanie się tak zmobilizować do walki jak od momentu zostania matką.
      Pozdrowienia i trzymam kciuki, bo wiem, że fobie to nic przyjemnego.

    • Dziękuję!:) Jest już coraz lepiej, z każdym pobraniem krwi, każdą rozmową o krwi, nie mdleję, nie histeryzuję, nie płaczę, TYLKO i wyłącznie dzięki Niej <3

    • Mamo Tosi, wiesz czego między innymi nauczyło mnie bycie rodzicem? Otóż tego, że możemy zrobić znacznie więcej niż nam się wydaje. Jesteśmy w stanie wykrzesać siły, o które byśmy się nawet nie podejrzewali. Dziecko stawiając nasze życie w pozycji ekstremalnie skupionej, potrafi wydobyć z nas, to co najlepsze.

  • Eh, zmierziło mnie samo wspomnienie osób palących przy dzieciach czy w ogóle w miejscach publicznych! Nienawidzę takiego zachowania!!! Idziesz za takim "zadymiającym" kołkiem i musisz wdychać ten cały shit razem z nim… Niedawno na przystanku paliła dystyngowana staruszka… z szacunku do drugiego człowieka nie wybuchnęłam, ale patrzyłam na nią takim wzrokiem, że od razu się domyśliła, o co mi chodzi… zgasiła i oddaliła się zniesmaczona i niezadowolona… Grrr… dlaczego tylu jest egocentryków na świecie?!

    Pozdrawiam,
    T. :-)

Dodaj komentarz