Gdybanie „podzieciowe”

Zastanawialiście się kiedykolwiek jak by wyglądało Wasze życie gdyby nie było w nim Waszych Pociech? Ja przyznam szczerze, że czasami mi się to zdarza. Zaczynam to analizować głównie w sytuacjach, kiedy czuje się bezsilna i wychodzę popłakać do łazienki. Dlaczego akurat w takich momentach? Dokonuję takiego zabiegu z premedytacją, aby uświadomić sobie jakie mam szczęście. Nikt nie obiecywał, że moje życie będzie usłane płatkami róż. Na mojej ścieżce są całe róże wraz z kolcami. Dzięki temu uczę się jeszcze bardziej szanować to co mam. Wszak każdy z nas może zostać ofiarą np. pijanego kierowcy. Ale nie mam zamiaru dziś nikogo wpędzać w grobowy nastrój bądź posępne myśli. Zamierzam zmobilizować Was moi Drodzy Czytelnicy do pewnej refleksji, która znienacka objęła mnie swoimi ciepłymi ramionami.

Większość z Was tak jak ja ukończyło już osiemnasty rok życia. Nie wnikajmy kto kiedy i jak. Uznajmy, że wszyscy mamy 18 + VAT :)
Wspomnienia z okresu nastoletniej ery przyprawiają mnie o krągłe rumieńce na policzkach. Trochę zaczynają mnie piec, ponieważ za młodu wrzuciłam na swoje konto więcej powodów do wstydu niż do dumy. Ale pomimo tych wpadek jakoś się jeszcze trzymam i nie spłonęłam żywcem przechodząc obok kościoła. Swoje za uszami mam, ale wiele z tych doświadczeń pozwoliło mi zrozumieć pewne sprawy. Dlatego też nie mam zamiaru żadnego występku żałować. Zdarzyło się dawno, dawno temu i zatrzaskujemy ten rozdział. Niech sobie odpoczywa zbierając na grzbiecie kurz do czasu aż moje dzieci zaczną wypytywać mnie jak to było, gdy byłam w ich wieku. Wyszalałam się po wszystkie czasy i kolejną partię wariactw zafunduję sobie z Małżonkiem tuż po czterdziestce, jak dzieciaki będą już dorosłe. A co! Druga i trzecia młodość też się należy. Skoro mój Ślubny poprzysiągł mi „na dobre i na złe”, to będzie musiał jakoś znieść widok mojego zwiotczałego ciała w stroju kąpielowym. A dla Jego dobra udam, iż nie widzę jak ogląda się za opalonymi dwudziestkami. W końcu wszystko co dobre ma swój kres i nawet z jędrnej miseczki A w końcu zrobi się zwiędła miseczka Ą. Takie życie banalnie powiem.

Ponoć z każdej nawet najkwaśniejszej cytryny da się zrobić pyszną lemoniadę. Swoje cytrusy staram się zamieniać w smaczny tort. W końcu mam trzech facetów w domu, którzy słabość do słodkiego mają w genach. Ja natomiast lubię ich kulinarnie rozpieszczać. No właśnie, dla kogo miałabym piec, gdyby ich nie było? Co bym robiła w tym momencie kiedy powstaje ten post? Może szalała na koncercie ze Ślubnym albo popijała lampkę wina z koleżanką śmiejąc się z ludzi posiadających potomstwo? Może. Ale ja przelewam siebie na plastikowe klawisze i jasny ekran. Zabrzmi to strasznie mdło, ale widocznie tak miało być.

Prawdę mówiąc twierdzę, że gdyby nie moich trzech M. to właśnie odpoczywałabym sobie gdzieś w zacienionym, chłodnym kąciku cmentarza jakieś kilka metrów pod ziemią. Zdradzę Wam pewien sekret. To swojemu partnerowi zawdzięczam odbudowę organu odpowiedzialnego za myślenie. Przed rokiem 2007 zapadałam na coraz cięższy zanik tego narządu. Nie będę wkręcać, że jesteśmy super-hiper, idealną parą spijającą sobie ptasie mleczko z dzióbków. Co to, to nie. Jesteśmy do znudzenia normalni z odrobinę zbyt dużą dawką ironii wobec siebie. Ale nam to odpowiada. Póki co jeden zero dla mojego obecnego życia. Jakoś wizja bezdzietnego istnienia już na wstępie przegrywa. Przejdźmy teraz do dzieci. Żadna z ciąż nie była planowana, a ja nie chciałam myśleć o rozmnażaniu się co najmniej do 35 urodzin. Po kilku ciężkich przeżyciach czego zwieńczeniem była trudna we współżyciu nerwica, stało się. Zaszłam bezpłodnie w ciążę. Dwa lata walki o w miarę normalne funkcjonowanie w społeczeństwie i nagle niespodzianka. Będziemy mieli dziecko! Czyżby hurra? Na szczęście od razu poczuliśmy olbrzymi przypływ szczęścia i nadziei, iż będzie dobrze. Jako tako ogarnięci po przeżyciu pierwszych bardzo trudnych siedmiu miesięcy, rozpoczęliśmy samodzielną egzystencję. Co zabawne, daliśmy radę. Kolejny punkt dla dzisiejszej wersji mojego żywota. Pojawiały się lepsze i gorsze momenty i kiedy sądziliśmy, że już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć… na teście ciążowy ukazały się dwie niewyraźne kreski. To by w sumie wyjaśniało moje wymiotowanie i zasłabnięcia. Logiczne, aczkolwiek na tamten moment abstrakcyjne i co by nie powiedzieć mało pożądane. Ale mimo napotkania kolejnej góry na trasie, naszej radości nie mogło nic złamać. Na świat przyszedł drugi syn ponownie wywracając moje i Partnera życie na lewą stronę i do góry nogami jednocześnie. Zachciało nam się seksu, no to teraz mamy dzieci. Chaos w połączeniu z dezorientacją w terenie. Tak to mniej więcej wyglądało. Jednak znowu jakoś dajemy radę. Wygląda na to, że aktualna wersja programu pt. życie, zdobywa już trzeci punkt. Hmmm… Czyli jest 3:0. No ładnie, ładnie.

Gdybym nie „wpadła” dwukrotnie, to nie miał by kto pomóc mojemu Mężowi udowodnić mi, że życie ma sens i warto je jak najdłużej smakować. Można delektować się każdym dniem nawet jeśli nadgryziemy gorzkie ziarenko pieprzu. Zawsze można je wypluć albo przełknąć z bólem. Tak czy siak ostry posmak zaraz zniknie. Tak jak problemy. Gdyby nie zjawili się moi synowie nie wiedziałabym co to strach o każde uderzenie serca i odczuwanie nie swojego bólu i lęku. Moje życie bez tych trzech muszkieterów nie miałoby sensu i było puste. A tak mam codziennie pobudkę około godziny szóstej rano, codzienne kłótnie o sprzątnięcie zabawek, próby wyciągnięcia obu delikwentów z wanny i słodką woń oddechu, gdy już zasypiają.
Potrafię wyobrazić sobie wersję siebie bez nich. Ale wiecie co? Mimo chwil wkurzenia i słabości fajnie jest usłyszeć od wtulającego się Dziamdziaka – „Kocham Cię”.

Jeśli moi Drodzy Czytelnicy dotarliście do tego momentu, to wrzucam kilka starych i nowych fotografii przedstawiających moje zacne oblicze. Tak żeby trochę bardziej kolorowo się zrobiło.

Ja na rok przed pierwszą ciążą (tęsknię za tą rudością)
Zaraz po poznaniu Ślubnego :)
Taa, to nadal ja, ale już w czasach teraźniejszych.

Czasem się postaram i nawet zrobię makijaż 😀

6 Comments

  • Na wstępie chciałabym napisać, że pięknie Ci w rudych włosach .! 😉 są ludzie, dla których ten kolor jest stworzony i Ty do nich należysz 😉

    jeśli chodzi o resztę wpisu to moim zdaniem cokolwiek w życiu człowieka nie spotka, to zawsze będziemy zastanawiać się "co by było gdyby' – tak już jesteśmy stworzeni, szczególnie my kobiety 😉 jednak jestem zdania, że nic nie dzieje się bez przyczyny i jeżeli coś miało miejsce to jest w tym jakiś ukryty cel i trzeba to zaakceptować. Pozdrawiam i zapraszam do siebie 😉

    • Ojej… Dziękuję za komplement :) Szkoda tylko, że ten rudy u mnie tak bardzo niszczy włosy :(

      My kobiety zdecydowanie mamy zdolność "gdybania", zapewne dlatego, że jesteśmy bardziej skomplikowane w budowie niż mężczyźni 😉 Zgadzam się z Tobą, że gdzieś w tym wszystkim jest jakiś cel.

      Również pozdrawiam i z przyjemnością zaglądnę do Ciebie!

  • Popłakałam się, poryczałam jak bóbr. Wiem, że teraz dużo moich szalejących hormonów, ale jednak:P Wydaje mi się, że czytałam już ten wpis i chyba co nieco pozmieniałaś, a nawet sporo – teraz jest super! Przypominając sobie moje życie sprzed mojego męża i Tosi to też na twarzy pojawia się duży rumieniec i pomimo, że czasem zdarza mi się zatęsknić za nocnym życiem i kilkudniowymi imprezami wtedy dostaję kopniaka i od razu mi to "tęsknienie" mija :)

    • Moja Droga, to hormony :)
      Nie zdarzyło mi się poprawić tego ani innego postu już po wrzuceniu na bloga. Dlatego tyle błędów w moich wpisach się plącze. Być może któryś z poprzednich postów oscyluje wokół podobnego tematu oraz emocji. Zdarza mi się być monotonną. A może po prostu odczytałaś moje myśli zanim umieściłam akurat tą opowiastkę :)
      Dziękuję za miłe słowa! Nie za dużo tych komplementów? 😀 Nie żebym narzekała, po prostu nie przywykłam do tak obfitej ilości miłych słów.

    • Hormony mi wariują, ja wiem. Dziś chciało mi się płakać nad schabowym, ale za minutę przeszło o.O.
      No to teraz dałaś mi zagwostkę! Głowę bym dała, że czytałam i że pozmieniałaś coś :p Istnieje też możliwość, że otworzyłam linka z zamiarem przeczytania, przeczytałam tytuł i później przeszłam do innego postu – nie wiem, zgłupiałam, ale gdybym dała rękę uciąć to bym jej nie miała :p
      Komplementów podobno nigdy za wiele, byle szczerych :)

Dodaj komentarz