Strome tornado sprzed lat

Większość wydarzeń w moim życiu miało charakter niezwykle chaotyczny oraz nieforemny kształt. Tak to już ze mną jest. Biorąc pod uwagę wybuchową mieszankę jaką jest dziesięć lat mojego dzieciństwa oraz kolejna dyszka buntu, to można rzeczywiście dostać pierdolca od nadmiaru wrażeń. Jakoś udało mi się przewartościować mój jedyny żywot i powoli staję na nogi lepiąc ze swojej gliny coś na wzór normalnego człowieka.
Akurat tak się czasowo złożyło, iż za tydzień mam takie mini podsumowanie dziewięciu miesięcy pracy nad sobą. Raz było lepiej a inny razem miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zanurzyć się w czeluściach mętnego bagienka. Na szczęście mój mózg z całkowicie płaskiej i gładkiej powierzchni zaczyna przechodzić ewolucję w kierunku marszczenia. Pseudo-sielanka trwa, można nawet pokusić się o określenie ostatnich tygodni mianem lepszych, a tu nagle… listonosz. Ja do samej persony doręczyciela poczty nic oczywiście nie mam, ale tym razem okazał się złym omenem.
List był zaadresowany konkretnie do mnie, na konkretnie mój adres, a nawet na mój kod pocztowy. Niebywałe. A niebywałe, ponieważ był on przysłany z instytucji, z którą nic wspólnego wcześniej nie miałam. Nerwowo rozdzieram kopertę pokreśloną kaligraficznym pismem i nogi się pode mną uginają. Dobrze, że za mną znajdował się parapet i kaloryfer, bo inaczej resztę dnia spędziłabym na przyjaznym pacjentowi SORze. Czytam. I zastanawiam się, gdzie jest ukryta kamera i czy dostanę jakieś wynagrodzenie za udział w tak popapranej szopce. Czuję jak dłonie zaczynają drżeć, a wnętrze buzi zachodzi smakiem Sahary. Nie byłam nawet w stanie siarczyście rzucić mięchem czy męskim członkiem w złym wymiarze. Ja po prostu spanikowałam.

Dlaczego w ogóle zdecydowałam się wspomnieć o tej sprawie na blogu? Może część osób to wynurzenie skrytykuje, a jeszcze inni wezmą mnie za kretynkę, ale ja staram się tą niespodziankę ułożyć na swój sposób.

Ale wracając do meritum sprawy.
Dostałam wezwanie do pilnego wstawiennictwa w sprawie mojego ojca. Cóż w tym takiego dziwnego? Ano taki mały szczegół, że z szanownym biologicznym nie utrzymuję kontaktów od przeszło siedemnastu lat, natomiast „przyjemność” spotkania go miałam mniej więcej siedem lat temu. Wtedy właśnie dosadnie zasugerowałam aby nasza „znajomość” nie była w żaden sposób reanimowana. Krótko mówiąc, trupa się  nie reanimuje. A teraz po tylu latach spokoju i wyciszenia dostaję obuchem w łeb. „Tatuś” potrzebuje pomocy i trzeba odnaleźć „ukochaną” córunię.

Jestem DDA.

Tak. Napisałam to nagłos. Nie wstydzę się tego, aczkolwiek mam żal do rodziców za podjęcie kilku nietrafionych decyzji. Nie będę tego rozpatrywać, bo użalać się nie lubię. A już zwłaszcza nad sobą. Było minęło, trzeba żyć dalej. Jedynie miałam nadzieję, że więcej odór sfermentowanego alkoholu nie oplecie mi ciała. A tym bardziej mojej rodzinie.

Jak więc powinnam się zachować?

W imię dobra wyższego nastawić drugi policzek czy może uderzyć oprawcy tak mocno żeby już nigdy mnie nie skrzywdził? Pobożna nie jestem, także pierwszą opcję można spuścić w sedesie. Druga możliwość jest jak najbardziej prawdopodobna jeśli mam ochronić najbliższych. Ale ja najchętniej bym to wszystko olała. Jednakże nie mogę i nie potrafię. Ja się zwyczajnie po ludzku boję co będzie dalej. Po tak długim czasie martwicy, nagle ta zgnilizna zaczyna pulsować. Trzeba coś na to cholerstwo zaradzić. Najpierw muszę się z tym oswoić jak ze smrodem zalegającym w zamkniętym pokoju. I to tak żeby się nie porzygać. Dosłownie.

Teraz jestem matką. Niezależnie ile wagonów własnych Demonów za sobą ciągnę. Muszę przyjąć postawę nieźle wkurzonej lwicy chroniącej swój miot. Tylko czy aby na pewno akurat w tym momencie znajdę w sobie siłę na walkę z przeszłością?

MUSZĘ. 

Nie mam zamiaru świecić tu jakimś badziewnym heroizmem ani strugać z siebie bohaterki od siedmiu boleści. Daleka jestem od tego. Staram się z tym uporać, a ten cholerny blog daje mi coś na wzór azylu. Czy robię dobrze czy też nie, nie jestem wstanie przewidzieć. Na ten moment tak czuję. Walczę ze strachem.

Dodaj komentarz