Spowiedź

Noc. Staram się jak najdelikatniej i najciszej przemieścić w stronę komody, tak żeby nikogo nie obudzić. Ból i  bezdech. Mam ochotę amputować sobie prawą rękę i obie nogi. Zaciskam zęby i sięgam po podręczną kosmetyczkę z lekami. Stawy zdają się wykręcać w bliżej nieokreślonych kierunkach. Dwie tabletki lądują w moich ustach. Gorzka żółta paćka szybko rozpuszcza się na poranionym języku. Zaraz powinnam poczuć ulgę – staram się przekonać samą siebie. Każdy ruch przyprawia mnie o zawrót głowy i coraz silniejszy ból. Chowam twarz w dłoniach i biorę kolejny porządny oddech.

– Nie teraz, nie. Dopiero za 69 lat. – Oddech staje się proporcjonalnie płytki do chęci wstania. Znowu ja-kretynka boleśnie odczuwam skutki bycia sobą. Kości zdają się być łamane przez kamienny młot. Odliczam pasma nabłonka, które musi pokonać lek zanim trafi do żołądka i rozpocznie się rozkładać. Zagryzam poduszkę żeby nie krzyczeć. W brzuchu kotłują się wszystkie zaproszone dziś pigułki. Buzują niczym tabletka musująca na kaca. Mam dosyć. Czuje się zmęczona.
Lek zaczyna działać. Udało się uniknąć ataku paniki.

Pierwszy raz w życiu dłużej niż przez kilka dni moja waga utrzymuje się w jednym miejscu. Zaskakujące zjawisko. Niecały rok temu zupełnym przypadkiem z listy oczekujących zostałam zaproszona na wizytę u psychologa. Sądziłam, że w ramach leczenia bezpłatnego poczekam z dobre dwa lata na rozpoczęcie spotkań. W momencie kiedy po raz kolejny chciałam odpuścić sobie wszelkie starania, zadzwonił telefon. Zgodziłam się stawić tydzień później w wyznaczonym uprzednio miejscu. Od tamtego czasu minęło już około dziewięciu miesięcy, a ja nadal nie uciekłam. Nie wycofałam się jak zawsze. Zostałam i walczę. Dla samej siebie a przede wszystkim dla moich trzech wspaniałych mężczyzn. Od tych kilku miesięcy chaotyczna sinusoida rozpoczyna przyjmować lżejsza formę. Zaczynam rozumieć i układać własne JA. Jednak nie jestem skazana na same porażki. Dojrzałam do terapii, do odpowiedzialności. Po ponad szesnastu latach zaczynam się podnosić nie mając zamiaru spaść znowu na samo dno. Nie. Teraz mogę stoczyć się w dół o stopień, dwa. Jednak nie ma szans żebym zeszła na parter. Za dużo pracy i chęci włożyłam w to przedsięwzięcie. Chcę.

Niektórzy z Was wezmą mnie za idiotkę. W jakimś stopniu na pewno to jest moją składową, ale nauczyłam się tolerować i to. Dlaczego w ogóle pisze takie pierdoły na blogu? Po co wrzucam te kretynizmy do internetu zanudzając wymagających Czytelników? Ponieważ nie założyłam bloga w celu zarabiania pieniędzy, robienia konkursów czy wklejania zdjęć aktualnie jedzonego posiłku. Ja potrzebuje tego miejsca do przetrwania. W gorszych momentach patrzę na moje dzieci aby przypomnieć siebie, że mam po co żyć. Ale w nocy kiedy myśli zaczynają krążyć w układzie samotności, rożne gwiazdy rodzą się i umierają w mojej głowie. Wtedy czytam ostatni wpis, niekiedy znajdujące się pod nim komentarze i chęć dogonienia Demonów powraca. Myślę sobie, ze skoro tyle już osiągnęłam i wnikliwie przeglądam swój dziennik poglądów, to jest o co powalczyć. Ten blog to mój azyl i podpora w gorszych chwilach. Pewnie nikt tego nie zrozumie, ale taka forma rzeczywiście pomaga mi w byciu konsekwentną wojowniczką.
Jestem świadoma, iż część z Was stąd ucieknie. W końcu normalni ludzie wolą czytać o rzeczach miłych, lekkich i kolorowych. Rozumiem to i do nikogo nie mam żalu. Nikt nie ma ochoty konfrontować się z trudem istnienia innej jednostki. Każdy ma swój bagaż codziennych szaroburych problemów, wiec z jakiej racji ma sobie jeszcze dokładać czytając nudnego bloga? Prawda tak właśnie się prezentuje.
Kim w takim razie jest dziewczyna o której losach i perypetiach czytacie Drodzy Czytelnicy?
Po pierwsze matką i żoną.
Jak już pisałam dzięki Ślubnemu oraz Dziamdziakom zaczęłam doceniać życie oraz zmieniłam kolejność jego priorytetów. Obecność trzech M. zupełnie przewartościowała mój byt.
Jestem córką.
Z matką mam skomplikowane relacje. Natomiast szanowny biologiczny tatuś zapewnił mi dziesięć lat intensywnie zamotanego dzieciństwa. Teraz jedyne co po nim mam to wspomnienia i możliwość nazwania się DDA. Nie należy się tego wstydzić. Rodziców się nie wybiera. To oni powołują dzieci na planetę i to oni dokonują pewnych wyborów. Na szczęście nawet dziecko ma przywilej posiadania wolnej woli i oceniania dobrych bądź złych uczynków innych.
Jak widnieje w moim opisie jestem też dziewczyną, która nie była gotowa zostać kobietą.
Zaraz po pozbyciu się przez moją matkę ojca z naszego życia wdupiłam się w zaburzenia odżywiania. Zaczęło się od anoreksji. Mama miała nowego partnera i swoje sprawy, wiec nawet nie zauważyła, że jej jedyna córka znika z powierzchni ziemi. Mam wrażenie, ze kiedy jeszcze mieszkał z nami mój ojciec, musiałam być dorosła i odpowiedzialna. Musiałam łagodzić zaistniałe sytuacje i działać w razie potrzeby. Jak biologiczny zniknął a ja zostałam z wieloma sprawami w głowie sama, zapragnęłam znów mieć kontrole. Teraz wiem, ze mój problem wynikał również z próby zwrócenia na siebie uwagi rodzicielki. Cóż, mimo szybkiej utraty kilogramów, to było dalej odległe. Zostałam całkiem sama na placu boju.
Na pewno w jakiś sposób chciałam tez odzyskać chociaż fragment brutalnie wyszarpanego mi dzieciństwa. Pomimo tych wszystkich czynników mam wielki żal do siebie, że pozwoliłam siebie na przekroczenie bram tego rodzaju zaburzeń.
Głupia byłam. W sumie nadal jestem. Teraz mam więcej lat i silniejszą potrzebę walki oraz trzy argumenty o mocnych fundamentach. Warto walczyć o siebie. Trochę późno to zrozumiałam. Dlatego tak panicznie obawiam się, że umrę w najlepszym momencie mojego życia. Ten strach nie oznacza, ze mogę sobie dalej funkcjonować w chorobach i grać z Kostuchą w rosyjska ruletkę przy dobrym drinku.
Po to jestem tu. Może to jest nierozsądne, ale mnie bardzo pomaga. Pisanie jest moją pasją, a dzięki temu mogę wylać każdą boleść na strony bloga a nie wyrzucać do sedesu. O niebo lepiej czuje się po tej czynności niż po ślęczeniu nad klopem. Taka decyzja zapadła i koniec.
Szanuje Was Drodzy Czytelnicy stąd takie żmudne tłumaczenie. Z założenia ten blog miał być moim oparciem w leczeniu. Nie w głowie mi rozdawanie gadżetów, wklejanie słodkich fotek z rodzinnych uroczystości itp. Nie mam nic przeciwko takiej formie blogowania. To po prostu nie był mój cel. Moją potrzebą jest wyplucie nadmiaru autoagresywnego jadu trawiącego jedynie mnie. Ja po prostu postanowiłam żyć.
Tych z Was, którzy tu pozostaną uprzedzam, ze może być rożnie. Natomiast tym, którzy zdecydują się zabrać stad swoje zabawki pragnę podziękować za poświęconą mi uwagę i czas oraz stukanie w klawisze. Jednocześnie chcę Ich przeprosić za niespełnienie Ich oczekiwań względem tej strony. 
Problemy to nie powód do wstydu. Żałosne jest bez ruchome tkwienie w swojej monotonnie egzystencji bez chęci przyznania się przed samym sobą o współżyciu z kłopotem. A stagnacja w tej postaci po prostu jest smutna. Banalnie to zabrzmi, ale życie mamy tylko jedno i zawsze jest czas na zmianę. Trzeba tylko chcieć i trafić na odpowiednich ludzi.
Dziękuje za uwagę każdej osobie, która wkroczyła do mojego popapranego świata.
e,

4 Comments

  • Ewo ! Przeczytałam Twój wpis chyba z 10 razy i z każdym kolejnym uświadomiłam sobie jaką silną kobietą jesteś. Miewasz lepsze i gorsze dni – jak każdy z nas, tylko dla Ciebie te lepsze to jest ogromny sukces! Bardzo podziwiam Twoją chęć do walki, aczkolwiek masz wspaniałą motywację, dzięki której na pewno jest łatwiej! Uważam,że to w jaki sposób traktujesz bloga, jest piękne, bo tak naprawdę pokładasz nadzieję w tym co piszesz i w ludziach, którzy to czytają, a to sprawia, że piszesz ze szczerością i zaangażowaniem, a takie blogi lepiej się czyta 😉
    życzę Ci z całego serca, aby było coraz lepiej i abyś odnosiła sukcesy w terapii .! ;*

    • Dorwałam dopiero teraz na spokojnie komputer. Twój komentarz odczytałam z maila, który przyszedł do mnie na telefon i… aż usiadłam. Ja dosłownie usiadłam z wrażenia.
      teraz kolejny raz czytam Twój komentarz i muszę przekomicznię wyglądać, ponieważ szczerzę się jak głupek z radości. Prawdę mówiąc spodziewałam się raczej krytyki. A tu takie zaskoczenie. Twoje słowa w stu procentach oddają, to co ja sobie w główce lepiłam zakładając tego bloga.

      Dziękuję Ci za komentarz, za ciepłe słowa. To niesamowite przeczytać napisane przez Ciebie zdania.
      Mam nadzieję, że za kilka lat będę mogła idąc z synami zjeść normalnie loda jak każdy inny rodzic.

      Pozdrawiam i jeszcze raz DZIĘKI!!

  • Oj jak ja Cię rozumiem… Moje dzieciństwo również odbiło na mnie swoje piętno, borykam się z tym do dzisiaj i nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się choć w małym stopniu uwolnić od przeszłości… Moje życie również przypomina sinusoidę, niestety nigdy nie mogę przewidzieć kiedy dopadnie mnie jej minimum – zawsze działa z zaskoczenia siejąc spustoszenie i mimo, że jestem już wprawiona w boju, nie wiem czy kiedyś nie przegram… Jedno jest dobre, że dzięki mojemu dzieciństwu jestem świadoma, jaki wpływ ma zachowanie rodziców na przyszłe życie swojego dziecka i przysięgłam sobie, i zamierzam danego słowa dotrzymać, że ja takiego koszmaru moim dzieciom nigdy nie zafunduję.

    • Znam słowa tej przysięgi.
      Bycie matką z bagażem doświadczeń jest trudne. Ale chęć ochrony własnej rodziny jest na tyle silna, że da się wziąć w garść i pomimo wielu upadków walczyć aż do skutku. Nagle dociera do człowieka, że jego serca nie bije tylko w nim, ale też w tych małych istotkach. A to już zobowiązuje do pewnej odpowiedzialności. Już nie można zanurzyć się po uszy w swoich koszmarach i bać się wygramolić z tego. Teraz trzeba. I to daje niesamowitą sprawność emocjonalną.

      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Dodaj komentarz