Plastyczna forma sprawiedliwości

Żyjemy w czasach, gdzie pojęcie sprawiedliwości  jest mocno zszargane. Ktoś starał się mnie kiedyś przekonać, że „sprawiedliwie nie znaczy równo”. Zaraz za tą myślą przypomina mi się pewna anegdota krążąca w rodzinie znajomej znajomych (tak, tak siódma woda po kisielu, a po drodze budyń). Otóż wyobraźcie sobie moi Drodzy, że pewna kobitka, nazwijmy ją tajemniczo „X” miała trójkę dzieci. No OK, to akurat nie trudno sobie wyobrazić. Dokładnie nie pamiętam jak ich rozłożenie wiekowe wyglądało, mój zardzewiały mózg zanotował jedynie obecność dwóch dziewczynek i jednego chłopca. Nadmienię, iż była to rodzina żyjąca z zarobków wznoszących się powyżej średniej krajowej, więc mogli sobie pozwolić na wąchanie drobnych luksusów. Jak wyglądało podejście pani X do własnych pociech? Nasza bohaterka zakupiła w sklepie kabanosy. Podzieliła jednego z nich między swoje trzy skarby. Najstarsze dostało największy kawałek, młodsze proporcjonalnie mniejszy, a najmłodsza pociecha minimalistyczną resztkę mięsnego badyla.


Dlaczego przytaczam akurat ten przykład? Ponieważ mnie osobiście on troszkę zaskoczył. Oczywistą sprawą jest pojemność jaką mają żołądki każdego z dzieci, ale czy takie stopniowanie ma sprawiedliwy wymiar? Czy nie prościej było dać nawet po mniejszym kawałku, ale w miarę równym? Każdy ma swój sposób przekazywania potomstwu norm i zasad. Nie mówię nigdy, że moje są najlepsze i bierzcie ze mnie przykład. Często sama siebie rugam za błędne decyzje. Jednak co do kwestii równości w rodzinie mam jasne i twarde zasady niczym pomnik z szarego granitu. Znowu wyjdę na nudziarę, ale staram się aby każdego z członków mojej rodziny obejmowały te same obowiązki i przyjemności. Adekwatnie do wieku rzecz jasna.

Mam dwóch synów, których kocham jednakowo mocno. Inaczej, ale z takim samym uczuciowym natężeniem. Staram się dzielić pomiędzy nich czas jednakowo. Wiadomo, że nie zawsze się to udaje. Dzielą ich ponad dwa lata i różnice w potrzebach każdego ciągle ulegają zmianie. W pierwszych miesiącach życia opieka nad młodszym szkrabem wymagała ode mnie odrobinę więcej wkładu. Ale jak tylko mąż wracał, dorywałam starszego w swe ramiona. Teraz kiedy jestem większość dnia z łobuzami sama, próbuję zorganizować im czas tak, aby obaj się nie nudzili i żeby żaden nie czuł się odtrącony. Może jestem w tej kwestii przewrażliwiona, ale wiem jak bolesne jest doświadczenie porzucenia i olania ze strony rodzica. Żadne dziecko na to nie zasługuje. Dlatego dwoję się i troję coby chłopcy byli traktowani sprawiedliwie. Zawsze kiedy jeden z nich chce coś przekąsić, pytam drugiego czy przypadkiem nie ma ochoty na to samo. Nie to nie, a jeśli tak to mam dwóch zadowolonych głodomorów. Te same zasady obowiązują w innych sprawach. Reprymendę dostają w ten sam stanowczy i zapewne zanudzający sposób. W miarę krótki i rzeczowy komunikat mówiony prosto w oczy na ich wysokości. Za każdym razem kiedy mówię coś do dziecka kucam bądź klękam, aby znaleźć się w zasięgu jego wzroku i rąk. Pewna Pani neurolog doradziła mi fajny patent. W momencie w którym dziecko nie skupia na nas swojej uwagi możemy biorąc jego dłonie w swoje ręce dotknąć nimi np. naszego nosa. Czy innej części twarzy zwracając się z komunikatem, żeby popatrzyło na nas. Taki sposób poinformowania dziecka o naszej obecności wydaje mi się skuteczny.

Wracając do głównego tematu. Jaki kształt w takim razie powinna przyjmować sprawiedliwość? Czy traktować swoje dzieci jednakowo czy każdego indywidualnie?

Osobiście mam zamiar trzymać się mojego postanowienia, że każdy zasługuje na takie samo traktowanie. Bez taryf ulgowych czy wygórowanych oczekiwań. Nie pozwolę na faworyzowanie któregokolwiek z chłopców przez na przykład ich babcię. Chcę żeby wyrośli oni w poczuciu szacunku do siebie nawzajem i aby żaden nie budował pewności siebie kosztem drugiego. Ja nie mam lepszego ani gorszego syna. Mam dwóch wspaniałych łobuzów. 

Dodaj komentarz