Na co pozwolę dziecku

Zdarza się, że wybiegam myślami w przyszłość i układam scenariusze nieodbytych jeszcze rozmów.

Najczęściej obieram taki kierunek, aby nie mówić tego, czego sama bym nie chciała usłyszeć jako dorastający podlotek. Pamiętam jak za czasów przynależności do rodzicielki nienawidziłam stwierdzeń nie, bo nie” bądź „… ale inni to coś tam…”.  Wściekłość zalewała mnie każdy możliwym otworem w ciele. Uważałam to za wywyższanie się rodzica. No, a oprócz tego byłam po prostu mocno zatopiona w młodzieńczym buncie, więc siłą rzeczy każde słowo wychodzące z ust opiekunów było z góry skazane na negowanie go.

Teraz stoję po drugiej stronie barykady pokoleniowej i to ja muszę wyznaczać granice oraz zasady. Chyba wolałam jednak tamten brzeg dyskusji. Przynajmniej mogłam sobie tupnąć nogą i strzelić iście królewskiego focha. A teraz będę musiała uzbroić się w gruby pancerz cierpliwości oraz żelazne argumenty. Znacznie przyjemniej było mi odnaleźć się w roli butnej małolaty niż rozsądnej i odpowiedzialnej matki. Cóż, nie planowałam dzieci, to teraz mam dwójkę łobuzów. Takiż to los bywa dowcipnie przewrotny.
Mam dwóch synów, którzy za mniej więcej dekadę zaczną rozpychać się łokciami w domowej przestrzeni, pragnąc wyszarpać swój kawałek niezależności. I słusznie. Należy im się to. Jednak to ja podejmuję ostateczne decyzje wyznaczające granice ich swobody. Jak nie zacisnąć zbyt mocno kolczatek na szyjach, a jednocześnie nie pozwolić sobie na zerwanie się z obszytej wzajemnym szacunkiem rodzinnej smyczy? 
Zasady powinny pojawiać się w życiu dziecka już od chwili przyjścia na świat. Wiadomo, że każdy pozwala sobie na drobne odstępstwa usprawiedliwione zmęczeniem czy po prostu rodzicielskim współczuciem. Jednak na ile można wychylić głowę z rozpędzonego samochodu, tak żeby jej nie stracić? Myślę, że kluczem do sukcesu jest przede wszystkim traktowanie każdego członka rodziny sprawiedliwie. Jak już kiedyś pisałam TU oraz TUTAJ, jakie mam prawo odmówić dziecku np. czekolady zajadając się kolejnym batonem? Jeśli bym paliła, czy mogę mówić z czystym sumieniem dziecku, że tak nie wolno zaburzając tym samym własny autorytet? Owszem, rozmowa poparta odpowiednimi argumentami jest jak najbardziej wskazana i pożądana, ale jak wytłumaczyć młodej istocie dlaczego my sami robimy coś co nas zabija? Jaki dajemy potomkowi przykład? Pragniemy aby dzieci nie popełniały naszych błędów, to oczywiste. Tylko czy nasze słowa mają tak samo silną moc kiedy sami ulegamy nałogowi lub innej słabości?
Czepie się już tytoniu. Załóżmy, że jesteśmy palaczami. Nastolatkowi tłumaczymy jak zgubny wpływ papierosy mają na ludzki organizm. W końcu, kto wie to lepiej niż wieloletni nałogowiec? W spojrzeniu potomka pojawia się pytanie:


W takim razie dlaczego Ty palisz mamo/tato?”

Hmmm…
I co teraz? Tabuny myśli kotłują się w dorosłym mózgu panicznie szukając sensownej odpowiedzi.


„Bo tak?”


„Bo jestem dorosły?”


„Nie potrafię już przestać?”

Gówno prawda – automatycznie nasuwa się tak brzmiący wniosek.
Czyżby w nasze rodzicielskie rady wkradła się nutka hipokryzji? I co teraz?
Skoro mam tatuaż, czy mogę zabronić tego oszpecającego upiększenia własnemu dziecku? Mogę, ale tylko do czasu. Jako osoba pełnoletnia dziecko ma prawo decydować o swoim życiu samodzielnie. Fajnie jak zapyta rodzica o zdanie, ale wcale nie musi tego robić. Wszystko zależy od sposobu wychowania młodziana oraz ułożenia mozaiki jego charakteru. Mogę chłopaków prosić, przekonywać, wręcz błagać żeby nie robili sobie „dziary”, ale… sama bym się z tym źle czuła. Trudno byłoby mi zabronić im czegoś, co sama w przeszłości „popełniłam”.
Uważam, iż fundamentem jest to czy wychowamy dzieci w atmosferze wzajemnego szacunku i zaufania. Wtedy nie ma większych problemów z dojrzałym przeglądaniem tematu oraz dojściem do consensusu.
Być może to drobna przesada z mojej strony, ale nie chcę odbierać „osiemnastce” jej magicznej aury. Jeszcze dekada nie minęła od mojego wkroczenia w dorosłość dlatego dokładnie pamiętam jak intensywnie wyczekiwałam dnia pełnoletnich urodzin. Wszystko zmieniło się w przeciągu sekundy. Miałam wrażenie, ze świat należy do mnie i to nie za sprawą możliwości legalnego kupienia piwa. Nie, nie. Ja byłam „dorosła” i napawałam się tym mianem niczym awansem w pracy. Wydaje mi się, że większość nastolatków wyczekuje tego dnia z drżeniem serca. Wkroczenie w dorosłość jest przeskoczeniem pewnych granic. A to jest niewątpliwie przyjemne uczucie.
Dlatego nie mam zamiaru dewaluować chłopcom tej linii pełnoletności. Bardzo mi zależy aby nie popełnić wielu błędów mojej matki i żebym potrafiła traktować chłopaków tak, jak sama chciałabym być traktowana. Ja wiem, że wszystkie moje wizje zostaną brutalnie zweryfikowane przez srogą rzeczywistość. Jednak po cichu mam nadzieję na funkcjonowanie we wzajemnym szacunku. Nie chcę być rodzicem z wkurzającym napisem na czole: „nie, bo nie”.

To tyle z teorii. Praktykę będę w stanie zredagować dopiero za kilkanaście lat.

2 Comments

  • Gdyby każdy rodzic tak podchodził do wychowania dziecka to ten świat byłby piękny :)
    Sama będąc nastolatką niezliczoną ilosć razy słyszałam ambitne argumenty 'nie bo nie', 'nie muszę Ci się tłumaczyć' albo najlepszy – 'jak będziesz miała swoje dzieci to zrozumiesz' :I doskonale pamiętam jakie brzydkie refleksje mi się wówczas nasuwały.
    Uważam,że przy odrobinie chęci można wszystko :) i,że będąc mamą-przyjaciółką zdziałasz więcej niż będąc mamą-terrorystą 😀

Dodaj komentarz