Blogowe katharsis

Osiemnastego dnia stycznia bieżącego roku na łamach bloga mamaniezwyboru ukazał się dziewiczy post. Post o byciu matką. Matką, która nie jest idealna. W kolejnych wpisach pojawiły się słowa niosące w swoim bagażu strach, niepewność, liczne błędy i chęć polepszenia samej siebie. Słowa, które zalegały w mojej głowie od dawna i z którymi nie wiedziałam co począć. Nigdy wcześniej publicznie nie wypowiedziane zdania. Sylaby składające się na moje prawdziwe ja. Moje własne miejsce wewnętrznego oczyszczenia.

Bałam się. Bardzo.
Jako osoba podatna na łapanie dolin, byłam przerażona wizją krytyki. Przed opublikowaniem posta „Bycie matką boli” wzięłam trzy głębokie oddechy i coś sobie obiecałam. Konstruktywną krytykę lubię a także doceniam. Dlaczego? Ponieważ mogę wyciągnąć z niej profity. Daje mi ona szanse ulepszenia siebie i spojrzenia na moją osobę w bardziej obiektywnych barwach. Jeśli natomiast chodzi o mniej kulturalną krytykę, której dzięki Wam nie doświadczyłam (bardzo dziękuję za wszystkie miłe komentarze, każdy wniósł coś do mojego życia, pobudził do dalszej analizy rzeczywistości), to mam konkretne podejście. Z jakiego powodu miałoby mnie ruszyć zdanie kogoś, kogo nie stać na odrobinę kultury osobistej czy też sensownego ułożenia zdania? No jak? Jeśli ktoś napisze przykładowo, że jestem głupią nudziarą, to co? Pomyślę chwile i powiem sobie tak:
„Nudziarą to pewnie jestem dla niektórych, ale mnie jest z tym dobrze. A głupia? Hmmm wszyscy rodzimy się i umieramy głupi, ale ja walczę o poznanie własnej wartości. I póki co nic nie wskazuje abym mogła przywdziać obliczę głupiej. Dziękuję.”
I zrobię kolejny łyk zimnej kawy uśmiechając się do monitora.
Odnalazłam się w tej wirtualnej przestrzeni. Z przyjemnością śledzę poczynania innych mam i staram się czegoś od nich nauczyć, zdobyć inspiracje, podłapać ciekawe rozwiązania a nawet płakać razem z nimi. Śledzę kilka blogów spod szyldu parentingowych, ale sama siebie do tego koszyka nie śmiem wrzucić. Zatem jakie smaki ma mój internetowy pamiętnik?
Owszem jestem tu jako matka. Ale egzystuję tu również jako dziewczyna starająca przeistoczyć się w kobietę. Także jako osoba z problemami, która dojrzała do walki o swoje życie.
Znajdziecie tu rzecz jasna słodki smak macierzyństwa przeplatany słonym posmakiem związku małżeńskiego. Jest również gorzki smak zaburzeń odżywiania i cierpki trudnej depresji. A gdzieś tam w kącie czai się kwaśny smak relacji międzyludzkich. Wszystko to doprawione ostrym i często nielubianym charakterem jego autorki. Taka oto feria smaków się przed Wami otwiera.
Wiem, że mieszanka jest dziwna w smaku, ale ja nie liczę na miliony czytelników, lecz kieruje swoje menu do osób gotowych i chcących wejść do mojego świata. Nieraz odbije się to czkawka bądź piekącą niestrawnością, dlatego zdaje sobie sprawę, że zostaną tu jedynie wytrwali i zawzięci smakosze.
Nie ilość lecz jakość ma dla mnie znaczenie. Pewnie sama sobie rzucam takim wyznaniem kłody pod nogi, ale cóż chcę być szczera do bólu. Za dużo w moim życiu było kłamstw oraz obłudy. Od kilku lat pozbywam się efektów takiego funkcjonowania.
Skłamałabym mówiąc, iż nie mam wątpliwości co do sposobu w jaki prowadzę bloga. Przeglądając strony przeze mnie lubiane, moja niepewność rośnie w siłę. Na innych blogach dziewczyny wrzucają wspaniałe zdjęcia nie tylko swoich pociech. Piszą tak starannie i estetycznie. Zdają relacje z rożnych imprez kulturalnych i wspólnych wyjść. Organizują ciekawe konkursy i dostarczają swoim Czytelnikom masę innych atrakcji.
A ja…?
Narzekam jak to czasem mi źle i jak mam ochotę krzyczeć z bezradności. Zwierzam się z postępów w terapii i biję się w pierś, gdy pominę jakiś posiłek. Piszę jakim chciałabym być rodzicem w duchu zaklinając rzeczywistość. Opowiadam jak podczas swej walki upadam twarzą w błoto i jak znajduje potok sukcesu, w którym mogę obmyć buzie. Staram się zadawać pytania zmuszające do głębszej refleksji. Próbuje tu być całą sobą.
I czasem nachodzą mnie myśli dlaczego akurat tak przebiega moje pisanie? Po cholerę dowalam innym swoje problemy, skoro każdy ma wystarczająco dużo własnych na koncie? Zabrzmi to egoistycznie, ale ja tego bazgrolenia potrzebuje. Żeby wylać z siebie to co radosne i żałosne. Pomaga mi to. Poważnie.
A komentarze, które Wy mi piszecie? Ileż każdy z nich potrafi wtłoczyć we mnie siły do dalszej wymiany ciosów z własnym życiem. Nie sądziłam, że to może być tak wspaniałe uczucie.
Blog stał się moją pasją. Nieodłączna częścią mnie i mojego istnienia. I mimo, że dosłownie i w przenośni mieni się on w szaro-białych barwach, to mam nadzieję, że jakoś wytrwacie tu ze mną. I z góry Wam za obecność w tym miejscu, Dziękuję. 
Dziękuję za to, że JESTEŚCIE.

5 Comments

  • Gratulację pierwszego moim zdaniem udanego pólrocza w blogsferze ! :) mam nadzieję nadal widziec tu Ciebie i Twoje postępy. Nie zmieniaj sposobu pisania, bo jak już kiedyś wspominałam, w tym blogu jesteś całą sobą i właśnie dlatego tak lubię tu zaglądać :)

    Pozdrawiam gorąco :*

  • Podpisuję się pod postem Marty :-)
    Pozdrawiam i życzę dużo siły i miłości płynącej z rodzinnego "gniazdka" 😀

    Stała Czyt. 😉

  • Jeśli jeszcze kiedykolwiek zwątpię w swoje blogowe umiejętności, to powrócę do Waszych komentarzy!
    Bardzo Wam dziękuję!
    Aż czuję jak dzięki temu zalewa mnie powódź weny 😀

    Uwielbiam Was Kochani Czytelnicy!!

    • Kochana, weny to jest aż za dużo, tylko czas gdzieś mi ciągle ucieka! Aż osiem postów czeka w kolejce do ujrzenia światła dziennego, ale wiadomo, że dzieciaki mają pierwszeństwo co do mojego czasu :)

      Pozdrowienia!

Dodaj komentarz