Brakująca ojcowska rada

Nie pamiętam kiedy mój ojciec ma urodziny. Chyba w maju. Imieniny mogę sprawdzić w kalendarzu. Ale po co? W tym samym kalendarzu mam jego numer telefonu. W sumie nawet nie wiem czy aktualny. Ale to nie ma znaczenia. Kilka lat temu przekazał mi go przez kogoś z rodziny, tak gdybym nagle zechciała się do niego odezwać.

Odezwać po tylu latach ciszy? Czasem mam ochotę, w końcu to mój ojciec. Ale chwilę później przywdziewam piżamę kilkulatki i ponownie wybiegam na korytarz wołając o pomoc. Krzyczę ratunku tak głośno, że chyba słyszy mnie całe osiedle. Jednak zaraz szybko wracam żeby zobaczyć co się dalej dzieje.
Otwieram oczy i stoję nad zawalonym naczyniami zlewem. Gorąca woda leje się po moich dłoniach delikatnie zaczynając je parzyć. Dopiero nieśmiałe uczucie bólu wyciąga mnie z pochmurnego rodzinnego domu sprzed dwudziestu lat. Dobiegają do mnie głosy dzieci. Tak, to moi chłopcy ganiają się po mieszkaniu. Jestem już bezpieczna.
Zdarza mi się tęsknić. Brakuje mi ojca. Ale nie mojego. Czuje pustkę po ojcu, którego nigdy nie miałam, a o którym zawsze cicho marzyłam. Tak bardzo zazdrościłam innym dzieciakom życia z obojgiem rodziców. I to w dodatku normalnych. A ja? Skazana na obłędne spojrzenia wyścielone litością. Gniew narastał z każdym uderzeniem serca.
W dupie mam wasze współczucie!” – krzyczałam w swojej głowie.
Pamiętam dokładnie to uczucie, kiedy szłam podwórkiem, a innym dookoła było mnie żal. Te spojrzenia pełne politowania, te twarze uginające się od smutku. Biedne dziecko. Córka alkoholika – tak o mnie mówili. Dodatkowo matka podgrzewała całość moimi chorobami i nadmierną nieśmiałością. Czy taka byłam na prawdę? Otóż nie. Tak było łatwiej zarówno mojej rodzicielce jak i mnie chronić mieszkająca we mnie małą dziewczynkę. 
Tak na prawdę nie było aż tak źle. Przecież miałam obok kochająca mamę i dziadka, uroczego psa, dach nad głową, a nasz familijny tyran nie uderzył mnie z premedytacją nigdy. Raz. Jeden raz niechcący oberwałam. W twarz. Kiedy stanęłam w obronie matki, a staruszek nie zdążył się połapać i jego pięść wylądowała na mojej buźce. Pamiętam to jak przez mgłę. Nawet nie jestem w stanie przywołać smaku tamtego bólu. Po prostu nie.
Ojciec na swój pokręcony i patologiczny sposób mnie kochał. I może nadal kocha. Ale jest skazany na swój nałóg. Dożywotnio. Tym samym odebrał sobie szansę na jakikolwiek kontakt ze mną.

Ostatni raz widziałam go osiem, może siedem lat temu. Nawet mnie nie poznał. Tylko pytanie brzmi czy dlatego,że nie pamiętał, czy z powodu zbyt dużej dawki wódki wlanej w gardło. W sumie to nawet ciekawe.
Nie przypominam sobie żebym składała mu życzenia z okazji Dnia Ojca. Mam w teczce tylko kilka rysunków z lat szczenięcych, gdzie między innymi uwieczniłam i jego. O dziwo trzeźwego. Ale czy rzeczywiście kochającego?
Zadawałam sobie to pytanie przeszło milion raz.


Czy on mnie w ogóle kocha?


Czy kochał szczerze kiedykolwiek tak mocno jak na to zasłużyłam?


Czy myśli czasem o mnie?

Ja myślę o nim. Głównie w jednej wizualizacji.
On leży stary, schorowany, wręcz umierający na szpitalnym łóżku. Przychodzę do niego w odwiedziny. Pożegnać go. Wybaczyć. Powiedzieć, ze nie mam o nic żalu. Że może odejść spokojnie. Że wszystko jest dobrze…

Tato?


Ale jedno nie przejdzie mi przez usta. Nie powiem mu nigdy kocham. Bo jak mam kochać kogoś, kogo tak naprawdę nie znam? Jak mam darzyć uczuciem obcego „tatusia”?
To mnie już nawet nie boli. Pragnę tylko żeby on czuł się dobrze umierając. Ja lata temu wybaczyłam mu jego błędy. Oddzielam jego relacje ze mną od fatalnej relacji rodziców. To tylko człowiek. Bardzo chory, który nie pozwolił sobie pomóc. Chyba nawet nie chciał sam sobie pomoc. Przegrał życie. Stracił mnie.
Ale nie mam żalu. Jak mam mieć pretensje do kogoś kto podarował mi życie? Już nie chcę tego robić. Wybaczyłam.

Teraz to ja jestem rodzicem. Innym niż mój ojciec. Różnimy się tym, że ja walczę z chorobą. Ja pragnę dać moim dzieciom spokój i harmonijnie istnienie. Chcę dla nich być i żyć.
Patrzę na mojego męża jak biega na kolanach za chłopcami z autem w ręce robiąc „brummm„. Albo jak siedzi z książką ze starszym synem i razem się uczą. Czy też innym razem jak robi młodszemu pierdziochy w brzuch. Jak jest z nimi. Mimo problemów i przeciwności losu on chce z nimi przebywać. Nawet jak krzykiem albo wzrokiem woła o ratunek, to wiem, że ich bezgranicznie kocha i że są całym jego światem. Nie jest idealnym rodzicem. Na szczęście. Jest po prostu dobrym i ciepłym ojcem. Daje naszym Dziamdziakom siebie nie licząc na nic w zamian. Kocha ich tak, jak ja bym chciała być kochana przez ojca.
Może nie poznam nigdy czym jest ojcowska rada. Ale zobaczę ją nie jeden raz. Bo mój mąż jest cudownym ojcem. Najlepszym dla naszej rodziny. Jestem mu wdzięczna za takie ojcostwo każdego ranka i wieczora. A w dniu dzisiejszym możemy z chłopcami powiedzieć mu DZIĘKUJE.
Mojemu największemu M. którego każdego dnia kocham nie tylko za bycie mężem, ale także za bycie ojcem.

10 Comments

  • Bywa, że zazdroszczę Helence taty… ale jednocześnie cieszę się, że moje dziecko może mieć szczęśliwsze dzieciństwo ode mnie… I oby tak zawsze pozostało… Czego życzę i Helence i Twoim chłopcom!

  • Podziwiam Cię, bo ja wybaczyć nie potrafię, a tak na prawdę nigdy nie zrobił nic złego oprócz tego, że go nie było (no albo jak zostawił mnie z psem pod barem, a sam poszedł się napić). Nie ma we mnie złości, żalu, jest chęć zemsty, pokazania mu, że nie wszystko ujdzie płazem i przypomnienia mu, że ma córkę. Podziwiam Cię za to, że potrafiłaś wybaczyć, że chciałabyś go odwiedzić jak będzie umierał – ja na razie myślę, że nie poszłabym nawet na pogrzeb. Dla mnie nie istnieje, natomiast niedawno zaczęłam wojnę, ale to już Ci wspominałam i nie mam zamiaru się z niej wycofać.

    • I dobrze robisz skoro tego potrzebujesz. Walcz o to, co dla Ciebie jest ważnie. Nie dal innych. Dla Ciebie, bo to Twoje życie. Wiesz, że mocno trzymam kciuki żebyś wygrała tą batalię.

      Ja kiedyś nie dopuszczałam do siebie myśli, że kiedykolwiek mu wybaczę. Ale samo przyszło. Po prostu. Chyba w momencie, gdy przypadkiem zaczęłam zachodzić w ciążę, jedną, drugą. Tym samym coś się we mnie zmieniało i doszłam do wniosku, że nie chcę podlewać tego kwiatu nienawiści. Nadal się go boję. Ale jestem już dorosła i potrafię sobie z tym poradzić. A nawet on zasługuje na spokojną śmierć.

  • Jak dobrze cię rozumiem.. też wybaczylam i nawet na pogrzebie byłam 21 lat temu.. Tęsknię czasem jeszcze..

  • Kolejny szczery do bólu post… No, i dobrze. Niestety, podobnych historii jest wiele. Łatwiej jest uciec w uzależnienia niż poradzić sobie z emocjami tak, aby nie krzywdzić dookoła, zwłaszcza własne dzieci… tak, na marginesie, czasami żałuję, że w przedszkolu i szkole nie ma obowiązkowego, fachowo prowadzonego przedmiotu dot. radzenia sobie z emocjami. Myślę, że wiele lepiej by nam wszystkim zrobiły ćwiczenia z rozpoznawania swojego stanu psychicznego niż pamięciówki :( LJK

    • Każdy post na tym blogu jest szczery. Czasami jest wesoło, a niekiedy smutno. Tak jak w moim życiu. Jak w życiu każdego człowieka. Takich scenariuszy jest mnóstwo niestety, I niestety zazwyczaj to Ci, którzy nie powinni żyją w poczuciu winy i depresji. A należy walczyć o siebie. Życie jest tylko jedno. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale jeśli ja sama nie będę w to wierzyć, to nikt tego za mnie nie zrobi. Każdy może okazać się slaby. Nagle. Grunt to dopuścić do siebie myśl, że coś jest nie tak i podnieść rękawice żeby zmierzyć się z problemem na ringu. I przyjmować ciosy, jeden za drugim. Żeby potem zwyciężyć potężnym nokautem.

      Co do szkolnictwa, to się zgadzam. Za mało zwraca się uwagę na jednostkę. A wielu komplikacji można by uniknąć gdyby wyciągnąć pomocną dłoń do dzieciaków.

      Pozdrawiam i bardzo dziękuję za zagoszczenie na moim blogu na odrobinę dłuższą chwilę.

Dodaj komentarz