Letnie ob(j)awy

Nie znoszę lata. A ścislej mówiąc nie cierpię wysokich temperatur i to bynajmniej nie ze względów zdrowotnych. Jak dla mnie okres wakacyjny mógłby nie wychylać się z temperaturą powyżej 25 kreski. Bezlitosna zasada jest prosta: im cieplej na dworze, tym mniej okrycia wierzchniego na ciele. A z czym to się wiąże? Otóż między innymi z przymusem założenia krótkich spodenek lub spódniczki.

Pomijam masochistów lubiących mieć na sobie mobilną saunę w postaci strojów nieadekwatnych do aury. Moje masochistyczne zapędy zdecydowanie nie idą w tym kierunku. Dlatego w letniej wersji szafy zalegają u mnie lekkie części garderoby. O ile Ślubny jest zadowolony z obrotu spraw, o tyle ja nie.

Czuje się jakbym ważyła ze 200 kg. Wstydzę się siebie i tego jak wyglądam. Ta sytuacja powtarza się każdego roku. Już wiosną nawiedzają mnie zimne poty na myśl o następnej porze roku.
Zdaje sobie sprawę, iż dla normalnego człowieka jest to robienie czegoś wielkiego z pierdoły. A dla mnie to spore utrudnienie. Większość kobiet ma na koncie przynajmniej jeden kompleks. To jest wpisane w damską naturę. Ale zawsze niedoskonałości można zatuszować. A to ubrać rozkloszowaną spódnice, buty na obcasie lub spodnie z wysokim stanem (wybaczcie jeśli coś pokręciłam z tymi ciuchami, moda to nie moja dziedzina). Ale co zrobić kiedy nie można w sobie dostrzec nic ładnego?
Znaczna część ludzi uważa osoby z zaburzeniami odżywiana za idiotów, którzy nie mają nic lepszego do robienia niż odchudzanie. Otóż nie. Anoreksja, bulimia czy kompulsywne objadania się bez prowokowania wymiotów są jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Pod tą całą obrzydliwą masą kryje się wiele problemów natury osobistej. Głęboko pod powierzchnią mroźnego oceanu znajduje się totalny brak pewności siebie przyozdobiony garściami nienawiści wobec własnego Ja. Poczucie zagubienia, samotność, strach. To tylko kropla w morzu uczuć jakie towarzyszą osobom takim jak ja. Zresztą w większości problemów emocjonalnych pojawiają się tak negatywne odczucia. I tu nie można powiedzieć, że samo przejdzie. Osobie z problemami należy pomoc. Samemu jest cholernie ciężko.
Każdego roku obiecuje sobie, że następnego lata zrzucę z siebie ciężar kompleksów. Ale… Jakoś do tej pory nie spełniłam tej obietnicy.
Podczas ostatniego śniadania moje dłonie drżały. Patrzyłam w talerz modląc się żeby jego zawartość nie znalazła się w moich ustach, a potem żołądku. Czy rzeczywiście płatki kukurydziane z mlekiem to aż taka tragedia? Nie. Ale dla mnie każda łyżka wiązała się z bólem. Czułam jak po dotarciu do przełyku jedzenie zamienia się w tonę tłuszczu. Miałam wrażenie jakby zalewał on całe moje ciało. Oczami wyobraźni widziałam pięć podbrudków i brak możliwości zmieszczenia się w drzwiach o szerokości 90 cm. Kiedy teraz o tym piszę, wydaje mi się to żałosne. Nawet nie śmieszne, ale właśnie żałosne. Irracjonalne myślenie kolejny raz wtłacza się do mojego gładkiego jak pupcia niemowlęcia mózgu.

Muszę jeść żeby mieć siłę zająć się chłopcami. Jak każda matka jestem 24 godziny na dobę w stanie pełnej gotowości. Bywają dni, w których większa trudność sprawia mi zjedzenie obiadu niż wyrecytowanie po raz setny wiersza o jesieni. Gdyby to chociaż był nałóg pokroju papierosów, to po prostu pozbyłabym się wszystkich wabików z domu. A jak mam to zorganizować z jedzeniem? Zaczynam się bać. Że znowu przesadzę. A nie mogę. Już od dawna nie żyję tylko dla siebie. Jestem przerażona wizją przytycia bardziej niż perspektywą zrzucenia paru kilogramów. Czyżbym znowu marzyła o czterdziestu kilogramach? Powtarzam sobie, że nie. Pragnę w to uwierzyć. Żelaznym argumentem jest fakt bycia matką. Mimo to zdążają się sytuacje, gdzie zawieszona dotykam obojczyki i głupio pytam dlaczego tylko tyle wystają?!
Chciałabym pstryknąć palcami i wyzdrowieć. Jak za dotknięciem magicznej różdżki! Albo cofnąć czas i jakimś cudem nie wpaść do tego gówna.

Robię postępy, nie da się ukryć. Wściekam się na siebie kiedy stanę w miejscu, a nienawidzę, gdy zaczynam się cofać.

Chciałabym spożyć bez poczucia winy posiłek inny niż zielony ogórek.

Jestem przerażona nadchodzącym ciepłem. Najchętniej przespałabym całe lato. Albo przeczekała je w zamkniętym pokoju nie pokazując się światu. Bo przecież to wstyd z takim wyglądem.

A wiecie co jest najzabawniejsze? Że ja zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje i staram się temu zapobiec, a jednocześnie kwitnie we mnie pragnienie bycia chodzącym szkieletem.
Głupio, prawda?

4 Comments

  • Ev, jak dla mnie to jesteś na krawędzi anoreksji lub bulimii… Jak czytam ten wpis, to normalnie mam gęsią skórę, bo chyba właśnie tak wygląda początek tych strasznych chorób. Ok, ja wiem, że do wszystkiego człowiek musi dojrzeć, także do "wzięcia się za siebie" też musi być gotowy, ale kurdę… po prostu dużo zależy od Ciebie, nie możesz czekać, aż znajdzie się ktoś kto zechce przejąć kontrolę nad problemem i Tobie pomóc. Najpierw musisz zechcieć sama sobie pomóc…
    Pozdrawiam i trzymam kciuki, LJK

    • Na anoreksję i bulimię choruję od 11-12 roku życia. Nie pamiętam kiedy dokładnie rozpoczęłam pierwszą głodówkę, natomiast pierwsze świadome wymioty wymusiłam w wieku 12 lat, w lipcu, chyba nawet w okolicach urodzin. Raz chciałam wyzdrowieć, inny razem nie. Jednak prawdziwa motywacja ujawniła się dopiero po poznaniu męża i zajściu w pierwszą ciążę. A dobrego terapeutę znalazłam dopiero rok temu. Walczę i tym razem nie mam zamiaru się poddać. Tu wszystko zależy ode mnie. Ale wsparcia najbliższych też potrzebuję. I zrozumienia.

      Dziękuję i również pozdrawiam.

  • Wiesz, miałam kiedyś bardzo podobne problemy do Twoich, których źródło również było bardzo podobne (dysfunkcyjna rodzina i kompulsywne objadanie się, bezustanne tycie i odchudzanie się). Myślałam – podświadomie – że w tym leży moja wartość, że wszyscy oceniają mnie przez pryzmat mojej wagi i wyglądu. Wyleczyła mnie miłość mojego Męża, która pokazała mi, co to znaczy kochać bezwarunkowo… Zrozumiałam, że byłam zniewolona opinią ludzką. Dla mnie ogromne znaczenie ma wiara, wielokrotnie przekonałam się, że jest przy mnie Ten, który się o mnie troszczy… Niestety wiara nie jest poradą, nie ma na nią recepty, którą wystarczy wykupić w aptece… mówię jedynie o tym, czego sama doświadczyłam w swoim popapranym niegdyś życiu.
    Dziś, kiedy nachodzą mnie dawne, durne myśli, przypominam sobie odkrywcze dla mnie słowa Bruce'a Lee:

    "Wolność człowiek osiąga w chwili, gdy traci zainteresowanie tym, jakie wrażenie robi na innych"

    Życzę Ci z całego serca, aby i Ciebie ta prawda wyzwoliła :-)

    Pozdrawiam ciepło,
    Judyta :)

    • Cieszę się droga Judyto, że Tobie się udało. Jak się chce, to można znaleźć własny sposób na poradzenie sobie z problemami.
      Przysłowie, które przytoczyłaś na pewno wezmę sobie do serca.

      Bardzo dziękuję za miłe słowa i życzę żebyś trwała w tej wolności.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz