Wysiłek poznawczy

Chciałabym móc powiedzieć, że na tej płaszczyźnie jestem czysta, ale tak niestety nie jest. Staram się nie być tak płytko prostolinijna, a jednak czasem ulegnę temu impulsowi. Z biegiem lat na szczęście potrafię się opamiętać i wygłosić w swojej głowie święte postanowienie:

„Traktuj innych tak jakbyś chciała żeby traktowano ciebie.”



Ku własnemu rozczarowaniu od czasu do czasu pojawiają się bezczelne zdania takie jak:
„Ale się kobieta ubrała, chyba nie ma w domu lustra.”

„Jak można słuchać disco polo?”

„Ta to jest bogata, pewnie ma sponsora albo bogatych rodziców.”

Te i podobne im zdania pukają do wnętrza mojej głowy. Bywa, że chamsko wkraczają wyważając drzwi z półobrotu mając w dupie obowiązującą etykietę. Niekiedy udaje mi się odpowiednio zareagować i niczym wybitny karateka wyrzucić je za okno, ale czasem… Nie. Jestem tylko człowiekiem. Kobietą. Zdarza mi się ocenić kogoś kogo nie znam. Tak po prostu idąc ulicą, albo siedząc w piaskownicy z dzieckiem. Nienawidzę tego w sobie. Potem wracam do domu i patrząc w lustro pytam siebie:
„Głupia idiotko, co Ty robisz? Jak możesz krzywić się na widok kogoś tylko dlatego, że jest inny niż Ty? Zastanów się co robisz kobieto!”

Po takim zruganiu własnego odbicia przychodzi moment refleksji. Czuję się źle pozwalając sobie na tak powierzchowne postrzeganie ludzi. Z jakiej racji mam oceniać to w co ktoś jest ubrany nie pytana o zdanie? Podoba mi się, to lub nie, ale żeby od razu silić się na tandetną krytykę? Wyrocznia mody ze mnie żadna, a poza tym co mnie obchodzi jaki styl mają pozostali?! Co innego kiedy koleżanka pyta mnie jak w czymś wygląda. To oczywiste, że nie będę jej wciskać kitu. Jeśli ubierając dwa rozmiary mniejszą sukienkę wyglądem bliżej jej do oplecionej sznurkiem szynki niż do modelki, to szczerze ją o tym poinformuje. Dalej decyzja należy do niej. Jeżeli babka ma poukładane w głowie i opinie wszechświata w dupie, a czuje się seksownie w takiej odsłonie, to super. Ja będę w ciszy zagryzać wargi z zazdrości o jej poczucie własnej wartości. Jeśli jednak uzna, że moja opinia jest uzasadniona i boi się o natrętne spojrzenia wylaszczonych małolat, to zmieni ubiór. A co mają na sobie przedstawiciele mojego gatunku poza koleżanką, to już powinno mnie obchodzić tyle co zeszłoroczny śnieg.
Przyjmijmy, iż udało mi się zerwać z kajdan macierzyństwa i mogę wybrać się gdzieś na kawę/piwo/wino etc. Znajoma przyprowadza koleżankę z lat szkolnych i po krótkiej rozmowie okazuje się, że ta urocza blondynka jest fanką disco polo. Znając moje ograniczenia w ilości posiadanego taktu, zapewne wybuchnęłabym śmiechem. Chyba bardziej plebejskiej reakcji nie można sobie wyobrazić, ale niestety i takie nie są mi obce. I tu zza rogu zagląda moja sławetna zasada, która daje mi mocno w pysk. Co mi do tego, że ktoś lubi taki rodzaj muzyki? Czy to znaczy, że jest gorszy? W takim razie ja jestem gorsza dla niego, bo mój gust muzyczny oscyluje w zupełnie innych klimatach. Czyżby sympatycznie zapowiadająca się znajomość miała zostać przekreślona z racji lubianych melodii? Brzmi to wielce absurdalnie. Jeśli znalazłam z kimś wspólny język, to dlaczego miałabym z byle powodu skazywać taką relacje na zagładę? Bo jestem fajniejsza według samej siebie? A przecież nie jestem. Jestem po prostu inna i nie widzę sensu degradowania czegokolwiek z powodu rozbieżności muzycznych, kulinarnych czy jeszcze innych.
Kolejny przykład. Załóżmy, że z uśmiechem na twarzy nerwowo wyczekuję w kolejce w mięsnym. Odwracam się skuszona przepełniającą powietrze nudą, aż tu nagle wrota mordowni ukazują mi piękna niczym gwiazdę filmowa dziewczynę z torebka jakiegoś super hiper extra projektanta. Myślę sobie „Ta to ma dobrze. Bogaci rodzice albo majętny sponsor”. W chwili postawienia kropki za ostatnim słowem powinnam udać się na zaplecze i odrąbać sobie głowę nożem do mięsa. Najlepiej tępym żeby bardziej bolało. Co ja robię?? Snuje niestworzone historie o kimś kogo oceniam na pierwszy rzut oka? Przecież widzę kobietę pierwszy raz w życiu! Nie zamieniłam z nią żadnego słowa, a nawet mimo małej odległości między nami nie spojrzałyśmy sobie w oczy. A ja jak ostatnia kretynka szturmuje ją wzrokiem z góry na dół prawie tak skutecznie jak napalony małolat. Znowu pojawiają się zarzuty wobec własnego jestestwa. Jakim prawem wyciągam takie wnioski? Co mnie to w ogóle obchodzi? Jeśli nawet moje przypuszczenia pokrywają się z prawda, to co mi do tego? Stoję po swój przydział schaboszczaka i na nim powinnam skupić swój wzrok. A ja ponownie z jakiegoś niezrozumiałego powodu daje się ponieść własnej fantazji.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego oceniamy innych po sekundowym kontakcie wizualnym? Z nudy? Z zazdrości? A może z zawiści? Albo by podbudować samoocenę? Każdy doszukałby się swojego powodu. Tylko pytam po raz kolejny:  po co??

Naprawdę nie akceptuje u siebie takiego zachowania. I staram się nie pozwalać sobie na takie pierdoły. Tego samego będę chciała nauczyć chłopców. Nie warto przekreślać kogokolwiek z powodów tak przyziemnych nie dając sobie szansy na poznanie go. Szkoda energii na bezsensowną zabawę. Jeśli z kimś mam się nie dogadać to na pewno znajdą się lepsze argumentu niż różowa spódniczka czy wzdychanie do postaci z kreskówki. Każdy ma wewnątrz coś dobrego. I warto dać sobie chwilę na poznanie tego, zanim dopuścimy się wrzucenia kogoś do szuflady z odpadami. 

Osobiście nie lubię takiego zachowania we własnym wykonaniu. Może ktoś inny nie ma z tym problemu. I dobrze.
W końcu ja nie mówię jak żyć, tylko opowiadam jak żyję.

9 Comments

  • Pierwsze wrażenie może być tylko jedno i to nasza: podła, bezczelna,nietaktowna myśl nim jest. Możemy z tym walczyć, udawać, że jesteśmy ponad to. Nie da się. W praktyce zawsze coś zaświta, słoma z butów, a nasza szeroko rozpowiadana tolerancja dla otoczenia da nam kopa w dupę. Taka ludzka natura.
    Mam gdzieś cudzy gust muzyczny, gorszy, lepszy wygląd-zasada żyj i pozwól żyć, ale jak zobaczyłam koleżankę niewidzianą od prawie 10lat w mundurze ochroniarza (praca, jak każda inna) stojącą na środku sklepu dostałam ataku śmiechu. Ona spaliła buraka, mnie prawdopodobnie mieli za jakaś wariatkę (pierwsze wrażenie obserwujących),bo niewiele brakowało, a zaczęłabym się turlać. 😉

    • Masz rację, taka jest podła ludzka natura. Ja niestety kiedyś oceniałam nowe osoby w moim otoczeniu wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia. Jeśli ktoś mi podpasował to ok, jeżeli natomiast nie, to już nie dawałam sobie szansy na poznanie. Niejednokrotnie dostałam nauczkę. Osoby, które wydały mi się super przepoczwarzały się w mało sympatyczne persony, a te z góry odrzucone okazywały się być w porządku. Po kilku takich przejazdach i zweryfikowaniu własnych potrzeb i bycia szczerym wobec siebie, odłożyłam ocenianie na bok.Oczywiście jak pisałam w poście, zdarza mi się taka forma oglądu na kogoś, ale nie lubię tego. Nie pasuje mi to i staram się wyrzucić z siebie jak najwięcej takich zachowań. Dla siebie samej.

  • Wiesz, a ja znowu pomimo wszystko ciągle opieram się na pierwszym wrażeniu. Nie jest to może moja ulubiona cecha, ale pomimo 'wad' takiego oceniania ludzi, nie umiem podejść do tego inaczej. Pierwsze wrażenie jest dla mnie koronnym argumentem, aczkolwiek niejednokrotnie pomimo, iż nie było ono najlepsze nie skreślałam drugiego człowieka. To chyba zależy czego ono dotyczy :)

    • Ładnie to wyważasz, że mimo niekoniecznie dobrego pierwszego wrażenia potrafisz się od razu nie nastawiać stuprocentowo negatywnie.
      Ja uważam, iż konkretnie w przypadku mojej osoby nie jest to najlepsze rozwiązanie. Zwłaszcza patrząc na to jaka była, a jakie teraz mam wymagania wobec samej siebie.

      Pozdrowienia :)

  • Hmm, myślę, że mnie – Mama nie z wyboru – zabijesz po moim komentarzu, ale może spojrzysz na chwilę z mojego punktu widzenia. Moim zdaniem, walczycie z wiatrakami. Pierwsze wrażenie ZAWSZE będzie się pojawiać, bo tak mamy zaprogramowane mózgi. Dawno temu trzeba było szybko oceniać, czy druga osoba to zagrożenie czy przyjaciel, więc ocenianie innych nam zostało. Może zmienił się trochę wkład oceniania (z zagrożenia na sukienkę), ale walka o to, aby tego nie robić to strata energii. Inni też tak robią. To jest pierwsze kilkanaście sekund kontaktu. Ważne jest CO, z tą oceną zrobisz. Możesz jej ulec i wyśmiać koleżankę, która słucha disco polo, która się nigdy więcej do Ciebie nie odezwie, a możesz WYBRAĆ inną drogę postępowania, np. że jednak opanujesz śmiech i zmienisz temat. Ja mam właśnie tak – muszę opanowywać odruch unoszenia brwi i minę dezaprobaty (która podobno jest mrożąca:).
    Heh, wiem, że piszę wbrew postowi … ostatecznie to tylko komentarz:)
    LJK

  • "Prawie wszyscy ludzie wolą mówić prawdę niż ją słyszeć" – J. Skibińska-Podbielska

    Ostatecznie to Twój komentarz powinien być adnotacją do mojego posta. Czytając go od razu przyznałam Ci rację. Porywam się z motyką na Słońce i co chyba znowu staram się być bardziej papieska niż sam Papież. Walka z dążeniem do ideału chyba nigdy się nie skończy.
    Natomiast co do samego oceniania, to muszę się z Tobą zgodzić. Ważne jest to co z tym zrobię. Nie lubię w sobie tej cechy. Wydaje mi się u mnie taka powierzchowna. Ale rzeczywiście nie warto tracić energii.

    Dziękuję za tak celną uwagę dzięki, której mogę przestać obwiniać się o coś, czego nie jestem w stanie zmienić w stu procentach w samej sobie. Spróbuję wykorzystać Twoją metodę. I wszystko sobie ponownie na spokojnie poukładam. Dziękuję.

    PS.

    Zmartwił mnie jeden fragment komentarza…
    Czy ja naprawdę wyglądam na kogoś zdolnego do wirtualnego mordu??
    Ja uwielbiam krytykę, która mobilizuje mnie do bardziej intensywnego myślenia i spojrzenia na siebie oczami innej osoby. Bardziej obiektywnie.
    A tak poza tym Twój komentarz nie jest wbrew postowi. To TWOJE zdanie, a ja je cenię. I jestem wdzięczna za chęć podzielenia się nim ze mną.
    Bardzo dziękuję.

  • Nie, nie wyglądasz na kogoś zdolnego do wirtualnego mordu, bardziej na osobę, która stoi nieco obok tego miejsca życiowego, w którym chciałaby się znaleźć, ale to może być tylko wrażenie.
    Z krytyką to jest tak, że wszyscy (łącznie ze mną) mówią, że lubią ją, ale kiedy przychodzi do jej przyjmowania, to nie zawsze zdają sobie sprawę z pewnych mechanizmów, które sprawiają, że jeszcze bardziej utwierdzamy się w swoim postępowaniu (najbardziej banalny przykład – ostrzeżenia na papierosach). Skibińska ma tu pełną rację i jeszcze długo będzie ją miała. Dlatego też trzeba umieć dobrą krytykę podać, bo też nie zawsze jest na nią dobra pora. Odrębną sprawą jest to, aby przypadkiem nie zmusić do bezwarunkowego przyjęcia tej krytyki.

    Na koniec, na pewno "powinnaś" (to jest słowo kiler dla konstruktywnej krytyki, ale pozwolę sobie:) polubić w sobie to, że szukasz dalej. Siebie. Dobrego kontaktu ze swoimi emocjami. Nie chcę używać tego oklepanego słowa"rozwój osobisty" i jak zaczniesz wypisywać podobne natchnione bzdury, których jest pełno na innych blogach, to przestanę tu wchodzić:). W każdym razie z tego "powinnaś" być dumna, że idziesz dalej, choć to nie zawsze jest łatwe, szybkie i przyjemne.
    LJK

    • Nieśmiały cień uśmiechu pojawił się na mojej twarzy. Twoje komentarze bywają zaskakujące.
      Krytyka jest smaczna, gdy jest kulturalna. Nad polubieniem siebie staram się pracować na terapii. Tylko jak polubić kogoś z kim się przebywa 24h/dobę? – zadaje sobie to retoryczne pytanie.

      Cenie sobie komentarze Twojego autorstwa.

      Dziękuję i pozdrawiam.

Dodaj komentarz