Wybory mamy nie z wyboru – Internet

W pierwszym spotkaniu z „WYBORAMI MAMY NIE Z WYBORU” przedstawiłam moje podejście do niektórych spraw związanych z macierzyństwem. Dziś odcinek drugi poświęcony Internetowej rzeczywistości.

INTERNET
 
 
1. BLOGI
 
Zanim zdecydowałam się wkroczyć do tej rzeki, praktycznie w ogóle nie interesowałam się ich czytaniem. Nawet przeglądaniem. Znałam definicję bloga i mniej więcej orientowałam się, że to modne aktualnie jest. Już sama myśl, że mogę uczestniczyć w czymś co nosi miano popularnego było przerażające. A jednak w chwili stworzenia pierwszego wpisu zaczęło mnie to wciągać.W trakcie poznawania granic tej krainy, mój apetyt rósł.
Okazało się, że autorzy niektórych blogów mają coś do powiedzenia i nie każdy blog osobisty dotyczy mody, gotowania lub podróży. Zdziwiłam się wielce, gdy odkryłam pozostałe rozdziały blogowania. Ku mojemu zaskoczeniu nie każda pisanina jest nudna i miałka dla tak trudnego odbiorcy jak ja. Poza tym nagle okazało się, że nie tylko ja mam dosyć swoich dzieci i nie tylko mnie nie chce się codziennie sprzątać i gotować. Poczułam się jakbym odkryła nową planetę na której żyją istoty formą zbliżone do mnie.To inne matki nie są idealne? – z trudem dopuszczałam do siebie twierdzącą odpowiedź.

Czyżbym nie była jedyną matką popełniającą błędy? – z niedowierzaniem pytałam wiszące obok powietrze.

Poczułam ulgę. Rozluźnienie i rozgrzeszenie w pakiecie. Po co uprzykrzam własną egzystencję chwastem poczucia winy? Jestem prawie normalna. Mam podobne problemy i rozterki co inne kobiety. Wkroczyłam na nowy ląd zrzucając z siebie pokutny ciężar macierzyństwa z każdym nowym postem.
Zakładając tego bloga chciałam sobie ulżyć. Całodobowe przebywanie z dwójką dzieci oraz obowiązki sumiennej pani domu zaczęły mnie dobijać. Potrzebowałam wspomóc terapię poprzez dodatkowe zrzucanie balastu. I udaje mi się to. Raz lepiej raz gorzej, ale jakoś to moje blogowe życie funkcjonuje.

A ja i inne blogi? Śledzę z zapartym tchem tylko kilka. Resztę przeglądam głównie dzięki polubieniom na Facebook’u i jeśli coś mnie chwyci, wchodzę na bezpośredni odnośnik do wpisu.
Szanuję blogerów, ale sama nie nazywam siebie blogerką. To za poważne określenie względem mojej osoby. Ja po prostu prowadzę bloga. A między tym a byciem blogerem według mnie jest kolosalna różnica.

2. FACEBOOK


Skoro w pierwszym punkcie musnęłam ten portal, to zgrabnie na niego przeskoczę.
Z „twarzoksiążką” nigdy nie pałaliśmy do siebie miłością. Kiedyś miałam prywatne konto. Dałam się skusić po długich namowach znajomych. Z początku ogarnęła mnie euforia związana z pozyskiwaniem znajomych i polubień. Jednak jeszcze szybciej skisła ona gdzieś w zapleśniałym kącie. Nie bawiły mnie nowinki z życia innych. Ani oglądanie miliona zdjęć na których dziecko zmienia pozycję o milimetr i trzeba to uwiecznić. Sama też nie chwaliłam się tym co u mnie słychać, a głównie udostępniałam interesujące moim zdaniem rzeczy. Utwierdziłam się w przekonaniu, iż to nie jest miejsce dla mnie. Mój profil został usunięty w sposób naturalny. Chyba nawet nie dożył pierwszych urodzin. Pominęłam etap żałoby. Tak, wiem. nieczuła ze mnie kobieta.
Aktualnie mam profil na tym społecznym paletku. Mam go jedynie po to, żeby prowadzić fan-page bloga. I trochę czuję się jak hipokrytka. A tej cechy bardzo nie lubię. I zapewne robię z igły widły, ale za każdym razem wchodząc na facebookowy profil stukam się w głowę po co ja tu jestem? Cóż, podobno należy mierzyć się ze swoimi wrogami, więc póki poczucie winy mnie nie zabije, będę nadal zasilać ilość użytkowników sławnego „fejsa”.




3. INSTAGRAM ITP. 


Jedną z moich pasji była fotografia. Gdzieś z racji braku czasu rozmyło się to niczym psie gówno na chodniku w deszczowy dzień. Jedno z marzeń spłynęło ze ściekami. Resztki zapału jakimś cudem ocalały i niekiedy uda mi się uwiecznić daną chwilę w fajny sposób. Mam również dużo starych zdjęć robionych ciut lepszym sprzętem, ale wolę zachować je dla siebie. Nie czuję wybitnej potrzeby dzielenia się z innymi tym co jadam na śniadanie, obiad kolację i deser. Nie widzę również sensu prezentowania zawartości nocnika mojego dziecka. A tzw. „selfie” robię głównie po to, aby wkurzyć Ślubnego, który zamiast kotłować się ze mną pod kołdrą siedzi w pracy. Nie dość, że pozbawiona empatii to jeszcze wredna baba ze mnie.
Fotografie to fajna sprawa. I nie mam nic do ludzi umieszczających wymienione przeze mnie atrakcje na swoich foto-profilach. Niech wrzucają co chcą. Każdy ma własne granice prywatności. Moje są takie, a nie inne i nie zamierzam tego zmieniać. Dlatego nie pokuszę się o założenie konta na Instagramie czy pokrewnym wynalazku.

4. INTERNETOWE KONKURSY

Tu będzie zwięźle i na temat. Nie biorę udziału w żadnych konkursach ani nie organizuję ich na blogu czy Facebook’u. Nie lubię, nie polubię i już.

5. REKLAMY

Nie umieszczam reklam. Ani nie polecam konkretnych artykułów. Jeśli zostanę zapytana o to czego używam, odpowiem zgodnie z prawdą, a także rzetelnie informując dlaczego akurat na to padł mój wybór. W swoich postach staram się nie używać nazw produktów. Mam pewne przyzwyczajenia wykształcone przez lata i to raczej się nie zmieni. Nie widzę też sensu udzielania niepraktycznych informacji czy kąpiel biorę z żelem pod prysznic firmy XXX czy YYY. Powinno to obchodzić jedynie moje ciało i ewentualnie bliską koleżankę, którą zainteresuje wyposażenie mojej łazienki. I znów pojawia się moja nudna formułka, że nie potępiam tego, ale sama nie stosuję.

6.  ANONIMOWOŚĆ


Każdy ma do niej prawo. I steruje nią w wyznaczonym przez siebie kierunku. W jakiś sposób stosuję wirtualny ekshibicjonizm. Pisząc o sobie, wrzucają kilka zdjęć mojego zacnego oblicza, udzielając komputerowej spowiedzi. I biorę w pełni świadomie konsekwencję tego na klatę.
Wahałam się dosyć długo przed umieszczeniem swojego zdjęcia na blogu. I doszłam do jednego wniosku. Nie wstydzę się tego kim jestem. Kiedy już pogodziłam się z bagażem kłopotów i doświadczeń, przestałam chować głowę w piasek. Nie tylko ja popełniam błędy. Może i mam na koncie poważniejsze niż normalny zjadacz chleba, ale nie cofnę czasu. A żyć przygnieciona przez przeszłość nie chcę. Przecież przyszłość czeka na mnie w mam nadzieję lżejszym wdzianku niż jej kuzynka. Dodatkowo mam przewagę nad pozostałymi kłopotliwymi członkami społeczeństwa. Ja chcę walczyć o siebie i nie wstydzę się już swoich potknięć. Wyciągam z nich wnioski na przyszłość.
Dlatego biorąc pod uwagę, że prowadzony przeze mnie blog ma być szczery do bólu postanowiłam nie ukrywać swojej twarzy. Ja to ja. Natomiast nie mam zamiaru dzielić się szczegółami wizualnymi reszty mojej rodziny. Nie mam prawa rozporządzać wizerunkiem dzieci bez ich zgody. Tak samo męża. On ma swoją muzykę, ja bloga. Staramy się pozostawić te miejsca intymnymi.

Co się tyczy anonimowych komentatorów moich życiowych rozgrywek. Nie ma dla mnie znaczenia kto jest autorem komentarza. Czy jest to „Pani Bożenka z Koziej Wólki” czy „Szalony Edek ze Stolicy” czy tak bardzo znany wszystkim „Anonim”. Ważne dla mnie są słowa pozostawione w każdym z komentarzy. Nawet te krytyczne. Przecież nie liczy się to jak się podpiszesz, ale to co napiszesz.

 

6 Comments

Dodaj komentarz