Słowny squash

Zaczyna się od niewinnego „Dzień dobry synku.”
Przechodzi w łamane słodkim uśmiechem „Cześć mamooo”.

W tle konwersacji słychać cmok cmok. Zapowiada się kolejny miły dzień.
Poranna toaleta podsumowana dyskusją jaki kolor majtek zagości dziś na małych pośladkach. Śniadanie w melodyjnym rytmie marudzenia zostaje zwieńczone olbrzymim łykiem zimnej kawy. Tak mniej więcej prezentują się nasze poranki. 
Dzieci wstępnie ogarnięte, Ślubny odprawiony za drzwi, aby upolować zwierzynę finansową dzięki, której przetrwamy kolejny miesiąc. Trzask drzwi. Przekręcenie zamka.
Witaj nowy dniu.


Na pierwszy ogień idzie próba wymuszenia pojawienia się bajki na ekranie telewizora. Oj, nie ma tak łatwo. Staram się zainteresować kawalerów klockami. Sukces. Budujemy garaż. Płynnie przechodzę w kolejną zabawę. Skoro jest garaż, to teraz trzeba w nim zaparkować wszystkie lokalnie zamieszkujące auta.
Starszy dorywa się do ulubionego, zielonego. Dziecka nie ma. Jeździ po mieszkaniu wydając przy tym odgłos imitujący warkot silnika. Młodszy załapuje i z innym samochodem dogania brata. Śmiechu ogrom. Sytuacja na froncie stabilna.
Wykorzystuję moment i zmywam naczynia.

– Siusiu muszę. 
– To idź. – Wyrażam automatycznie zgodę na podróż do wc. Słyszę jak zielone auto zapierdziela na zakręcie do łazienki. Ostre hamowanie. Spuszczenie wody. Trzask klapy.
– Nie mogę, nie mogę! Leci mój mały mężczyzna.
Możesz wszystko.
Nie mogę, nie mogę. – Wchodzi na wyższe rejestry.
– Spróbuj. Jak chcesz to potrafisz.
Mamo popraw!
Lituję się nad dzieckiem dla jego, a także i własnego świętego spokoju. Awanturnik wraca umyć ręce. Słyszę jak odpala silnik. Wyjeżdża z łazienki kierując się do pokoju. Za nim pojechał młody, a na końcu ja ze świeżą kawą.
– Tata będzie?
– Tak, tata będzie. Po pracy.
Tata będzie??
– Tak.
Tata będzie???
Tak synku, niedługo wróci.
TATA BĘDZIE?!?! – Irytacja w jego głosie sięga gwiazd. Biorę pierwszy głęboki oddech nadziei tego dnia. Pierworodny spacyfikował. Cisza.

Śniadanie zjedzone jak zawsze na raty. Wracamy do próby wymuszenia bajki. Ponownie odciągam kawalerię od tego pomysłu. Bierzemy kredki, rysujemy. Tym razem zamiast stu pytań o powrót ojca pada milion znaków zapytania o wizytę babci. Powtórzenia moje i jego zaczynają rozbudzać nudności mojego żołądka. Głęboki oddech.
Młodszy zaczyna krzyczeć, bo w butli wyczerpały się zapasy wody. Już ma nerwa. Uzupełniam butelkę o nanosekundy za późno. Młodzież nakręca się wzajemnie przekrzykując swe marudne żale. Po dłuższym uspokajaniu zapada cisza.
Idę wstawić pranie. Krzyk. Awantura o książkę, ponieważ a tym momencie muszą mieć akurat tą samą lekturę w łapach. Nie ma najmniejszego znaczenia fakt istnienia pozostałych książek. Nie i już. Afera. Zaczynam potrzebować powietrza.

Młodszy robi się śpiący. Tym samym cholernie marudny. Starszy widząc co się święci po raz kolejny wspomina o bajce. Idę z nim na układ, że ją włączę żeby mały chwilę pospał. Wiem, że jeśli w ciągu dnia nie zaliczy drzemki, wieczór stanie się istnym piekłem.
Leci bajka. Śpioch śpi.
Po mniej więcej dwudziestu minutach aktywny z chłopców zaczyna się nudzić. Na nic moje usilne starania zajęcia go czymkolwiek. Przecież należy obudzić kompana do zabaw. Robi to. Skutecznie.
Mały ryczy na połowę dzielnicy, w końcu został bezczelnie wybudzony. Staczam kolejną walkę o względną harmonię.
Jako tako się udaje. Robię obiad. Można pokusić się o nazwanie wchłonięcia posiłku kulturalnym.
Następne krzyki. O co i dlaczego nie wiem. Ale są. I moje nerwy też. Bardzo głęboki oddech. Czuję jak cierpliwość ukradkiem ucieka mi z każdym mrugnięciem. Nie mam jej nawet jak złapać, mam na rękach wściekłego syna.
Błagam o pięć minut ciszy.
I mogę sobie wsadzić prośby tam, gdzie słonce i za dnia nie dociera. Sprzeczki mniejsze i większe trwają już do momentu kąpieli. Owszem przeplatana jest nimi wesoła zabawa, ale w zdecydowanie mniejszym procencie.
Krzyki zapełniły już wszystkie pomieszczenia w domu. Zaczynam tracić siłę do tłumaczenia wszystkiego na co wpadnie moje dziecko. Bez sensu. Bez efektu.
Mam dosyć. Darcia mordek. Tonu głosu dzieci. W rezultacie ich samych. Pragnę uciec. Albo żeby mąż już wrócił i żebym mogła zrobić cokolwiek nie wokół dzieci.
Żadne zdanie wydobywające się z moich słów nie dociera do dzieciaków.
Mam cholernie dosyć. Zabierzcie te stworzenia daleko ode mnie. Już prawie oszalałam w tym matczynym kaftanie
Zaczynam odczuwać nienawiść względem własnej postaci.
Bycie rodzicem przestaje mieć zalety.
Wraca Ślubny. Biegną do niego. Teraz on jest bombardowany tym nieokiełznanym pokładem zmiennej energii.
Wychodzę do łazienki. Nie chcę żeby ktokolwiek dostrzegł moje łzy. Zwłaszcza dzieciaki.
Jestem słaba i beznadziejna.
Zaczynam nie mieć siły do monotonnej rzeczywistości.
Dzień w dzień to samo.
Od prawie dwóch lat, każdego dnia, 24 godziny.
Cztery ściany, dzieci i ja.
Mam dosyć.
Jestem tą stagnacją wykończona, Niech mnie ktoś stąd zabierze.
Obmywam twarz z łez. Udaje, że nic złego nie miało miejsca. Powracam jako szczęśliwa matka i żona.
Wewnątrz wyję z bólu i bezradności.
Błagam żeby chłopcy poszli spać. wtedy ja też zasnę. Żeby jutro znów stoczyć ten irytujący pojedynek.

Dodaj komentarz