Sklepowa przewrotność losu

Wtorkowe popołudnie. Jeden z tych ogromnych sklepów, do których nie pałam miłością. Choć i tak ten przyprawia mnie o najmniejsze mdłości. Robimy drobne zakupy w pełnym składzie. Zapowiada się spokojna wyprawa. I nagle… Krzyk, obrót na pięcie i starszy syn rozpoczyna sabotaż rodzinnego wyjścia. W jego oczach pojawiają się łzy, a z nosowego pastwiska grupowo zaczynają wyskakiwać kozy. Widzę jak ślepia zachodzą mu przerażeniem i niepewnością. Kucam przed nim i mówię mu, że jestem tuż obok i będę. Młody się rozkręca. Siadam z nim na środku sklepu i mocno przytulając szepczę do ucha, że go kocham. Nie obchodzi mnie nic. Muszę zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa. Zaczyna się wyciszać. Możemy iść dalej. Po kilku minutach, co prawda w łagodniejszym wydaniu, ale ponownie wkraczamy na histeryczne pole minowe. Klękam przed nim powtórnie zapewniając, że jest ok. Trzymam go mocno za rękę, idziemy dalej, a ja zachęcam go do wspólnego śpiewania. Chwilowo działa. Potem jego niepewność wraca. Do wyjścia mamy jeszcze kawałek. Staram się odwrócić jego uwagę i zaczynam opowiadać mu o wszystkim co się znajduje dookoła. Po płaczu zostaje marudne pojękiwanie. Obiecuje mu, że razem damy radę i ściskając jego spoconą dłoń, zachowując spokój idę normalnie do kasy. Wiem, że muszę nauczyć go obcowania w społeczeństwie żeby w dorosłym życiu był całkowicie samodzielny. Chcę mu pomóc. Być przy nim i nauczyć go z czym i jak smakować świat.

Stajemy w kolejce co kasy. Kolejne uderzenie paniki. Na szczęście w łagodniejszym wymiarze. Schodzę do poziomu jego wzroku i z całej siły staram się zająć go czymś ciekawym. Bez większego sukcesu. Kątem oka widzę jak babka z kolejki obok wlepia w nas gały. Myślę sobie – No, dobra… Dziecko płacze , to się gapi – staram się to olać. Wiem, że nie tylko ta kobieta na nas patrzy, ale mam to w dupie. Teraz jestem tylko ja i mój syn.
Wyszliśmy z sklepowej opresji, wsiadamy do auta. Ku naszemu zaskoczeniu napotykamy… Ciszę. Tak, ciszę i spokój. Wszystko się ustabilizowało. Wracamy szczęśliwi do domu.
Dla mnie to norma. Nigdy nie wiem kiedy syna coś wprawi w gorszy nastrój. Liczę się z tym przy każdym wyjściu z domu. Dla mnie to nie jest nic dziwnego, to nasz codzienność. Jednak otoczenie zazwyczaj jest odmiennego zdania.
Jeszcze kilka lat temu jako bezdzietna nastolatka delikatnie mówiąc, nie przepadałam za dziećmi. Kiedy znajdowałam się w roli świadka sklepowej afery z udziałem małego potworka i jego zatroskanych rodziców, moje myśli nie były tolerancyjne.
Ja nie mogę, czy oni nie potrafią uciszyć tego bachora?! – oburzenie w mojej głowie dochodziło do głosu.
Jak można mieć takie dziecko?! – pytałam samą siebie w myślach.
Jaki rozpieszczony gówniarz, tragedia. – mój mózg ubolewał nad sytuacja jaką musiałam obserwować.
Dziś stoję po drugiej stronie barykady. Dziś to ja jestem tamtymi matkami. Teraz to na mnie i mojego syna zwrócone są wścibskie twarze klientów. Teraz to mnie ludzie obrażają w myślach, nade mną się litują ich złamane serca.
Wtedy byłam zupełnie nieświadoma czym jest macierzyństwo. Porównywałam tę funkcję do bycia właścicielem czworonoga. Ostatnie o czym marzyłam, to wyprodukowanie potomka. Nigdy nawet przez sekundę nie zastanowiłam się jaki jest powód płaczu dziecka? Nie pomyślałam, że może mieć ono problem. Nie wzięłam pod uwagę istnienia różnych chorób. Ponieważ gówno mnie to obchodziło. Dzieciak się darł, a według mnie rodzice powinni zapanować nad kłopotliwym członkiem rodziny.
Zagryzam wargę przywołując szczeniackie wspomnienia. Ze złości. Nie dopuściłam do siebie tego, że dziecko jest dobre, ale ma swoją historię. Dla mnie to był rozpuszczony małolat robiący aferę. Zapewne dziś niektórzy kierują dokładnie takie same myśli w moim kierunku. Oceniają nie zatrzymując się nad skrajem wystawienia mi opinii. Są tacy jaka byłam ja.
Staram się mieć ich w dupie. Tak jak tamte matki powinny lata temu wsadzić sobie gdzieś moje pogardliwe spojrzenia. Nauczyłam się oddzielać siebie i syna od reszty świata podczas jego „wyskoków”. Klękam do niego, siadam z nim na podłodze, przytulam go i wycieram łzy. Nie zastanawiając się co na to zebrany wianuszek gapiów. Najważniejsze, to przywrócić synowi spokój i poczucie bezpieczeństwa.  Reszta świata w tym momencie nie ma prawa bytu.
Zaskakujące jak los może doskonale zaserwować przystawkę nauczki. W trakcie niecałej dekady znalazłam się po obu stronach lustra.  Zdecydowanie wolę tą obecną. Nauczyłam się tu czym jest tolerancja i, że nie można z góry stawiać na kimś krzyżyka.  Teraz zupełnie inaczej patrzę na pewne sytuacje. Czy rozsądniej? Oooo, tak. Moje dziecko podarowało mi instrukcje obsługi mózgownicy. I poczucie bycia. A tłumnie zgromadzenia? Popracuję nad tym,’żeby móc ignorować tego typu spojrzenia czy nawet odlatujące do mego ucha niemile słowa. W końcu podczas trudniejszych chwil u mojego dziecka, to jemu mam zapewnić rozrywkę, a nie społeczeństwu. Kiedyś na pewno i z tym sobie poradzę.   ‚  

4 Comments

  • Ech, skąd ja to znam. Ludzie często dziwnie patrzą na mnie i partnera kiedy ganiamy się z Młodą po sklepie,bawimy się w chowanego czy w jakiś inny 'dziwny' sposób zajmujemy ją i próbujemy sprawić,że będzie się śmiała.. Dla niektórych to takie dziwne 'zniżyć się' do poziomu dziecka,usiąść z nim na podłodze,tarzać się w trawie.. Co Ci rodzice robią z dziećmi ? Sadzają tylko przed kompem?

    • Obserwując niektórych rodziców mam podobne spostrzeżenia. Zero chęci do zabawy i bezpośredniego obcowania z dzieckiem. Ja natomiast w schodzeniu do poziomu dziecka, widzę wiele korzyści zarówno dla dzieci jak i dorosłych.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

Dodaj komentarz