Rozpadlina depresji

Depresja jest cicha i podstępna. Czai się długo za rogiem naszego pozornie stabilnego życia, żeby nagle zwalić nas z nóg. Nie mam na myśli sezonowego dołka czy obniżenia nastroju wynikającego z naskakujących na nas problemów. Chodzi tu o szpetną z mordy depresję, która wciąga silniej niż ruchome piaski. Z tych rejonów jest ciężko uciec samotnie. Bez bliskich osób pokazujących nam, że warto żyć. Bez leków tłumiących błagalne skomlenie „nie chcę już żyć”. Bez uświadomienia sobie problemu oraz chęci rozwiązania go. Ale wystarczy nawet jeden z tych składników, aby móc się podnieść z tych nizin. Da się.

Mój debiut na oddziale ostrych zatruć miał miejsce w roku 2007. W czerwcu. Miałam silny nawrót bulimii, z którym kompletnie sobie nie radziłam. Nie potrafiłam patrzeć na siebie. Przebywać ze sobą. Poszłam do poleconego psychiatry, wołając o pomoc. Towarzyszyła mi moja rodzicielka. Do dziś dokładnie pamiętam tamten pokój i cierpkie słowa specjalisty.

„To ostatnia szansa. Jeśli nic nie zrobicie, to córka umrze.”


Jak bardzo pragnęłam żeby ten histeryczny komunikat w końcu dotarł do mojej matki. Siedziałam w wielkim fotelu i płakałam. Błagałam o ratunek. Kobieta, która nas przyjęła powiedziała, że powinnam udać się do specjalnego ośrodka dla osób z zaburzeniami odżywiania, bo inaczej będzie ze mną źle. Szkopuł w tym, że takie ośrodki są płatne. Do szpitali przyjmują głównie skrajnie zagłodzone anorektyczki, u których oddech Kostuchy widoczny jest z kilometra. Ja jako bulimiczka z jedynie lekką niedowagą nie kwalifikowałam się do tego grona. W sumie wyjściem natychmiastowym było zamknięcie mnie w tym pieprzonym ośrodku. I co najzabawniejsze? Błagałam o to moją matkę. Zanosiłam się płaczem, ryczałam jak dziecko, któremu zabrano lizaka. Nic z tego. Nie było nas stać. Bezczelnie posunęłam się do prośby o wzięcie kredytu na leczenie, ale również spotkałam się z odmową. Oprócz trudności finansowych moja matka uznała, że ja po prostu tego nie potrzebuję. Że dam sobie radę.
Rozstałyśmy się w katastrofalnej kłótni.
Chwilę później stałam przed drzwiami apteki zaciskając pięści i przeliczając w głowie ile muszę łyknąć tabletek żeby nie było szansy na odratowanie mnie.
Stchórzyłam. Poszłam do koleżanki żeby wyrzucić z siebie ten ból. Leczenie za pomocą różnych alkoholi trwało cały weekend. W dupie miałam dobijającą się telefonicznie matkę. Wtedy czułam się porzuconym i niechcianym dzieckiem. Czułam, że dla niej nie jestem ważna.

Kilka dni później nabrałam „odwagi”.

19.06.2007


Dzień jak każdy inny. Matka wychodzi do pracy, ja idę z psem na spacer. Wracając w sklepie wybieram zaopatrzenie na poranny maraton. Płacę, zabieram czworonoga i czuję jak zaczynam drżeć. W domu karmię białą kluchę, całuję ją w różowy mokry nos i wzrokiem przepraszam za to, co za chwilę zrobię. Jem wszystko co mam w zasięgu wzroku popijając litrami wody. Zamykam drzwi od toalety mimo, że jestem sama w domu. Słyszę jak kilogramy futra uwalają się po drugiej stronie drzwi. Moja Księżycowa Księżniczka mnie pilnuje. Wbrew każdorazowemu zawahaniu się, wymuszam wymioty. Rzygam. kilka razy. Wracam dalej napychać żołądek. Ponownie wymiotuje. W ciągu kilku godzin, kilkadziesiąt razy wkładam dwa palce do gardła raniąc je paznokciami do krwi.

Wyprowadzam psa na drugi spacer. Kupuję kilka piw i zapas papierosów. Wstępuję jeszcze do apteki. Po tabletki. Wracam do domu, rozpoczynam swoją grę. Wsłuchując się w muzykę piję kolejne piwo. Nagle zrywam się z miejsca, w pospiechu pakuję torbę, głaszcze psa i wychodzę. Lekko pijana czekając na autobus siadam na ławce w parku. Otwieram paczuszkę z apteki. Jeden łyk, drugi, trzeci… Do mojego żołądka trafia 90 tabletek. Autobus podjeżdża, a ja staram się zapanować nad trzęsieniem się nóg. Uspakajam się powoli zaraz po znalezieniu miejsca na szarym końcu autobusu. Po około dwudziestu minutach jazdy dociera do mnie, że prawdopodobnie za kolejne dwadzieścia stracę świadomość. Rozpocznie się działanie leku.
Wysiadam z autobusu i lekko chwiejnym krokiem staram się jak najszybciej dotrzeć do koleżanki. Zaczynam się bać. W głowie pojawia się myśl:

Ja nie chcę umierać…


To po co brałam te leki?! Docieram do drzwi znajomej i opierając się o nie mówię nonszalancko z papierosem w ustach, że jeśli coś się zacznie ze mną dziać, niech wezwie pogotowie. Dociera do mnie śmiech. Potem dowiedziałam się, że koleżanka sądziła z początku, że to mój kolejny głupi żart.
Ja zaczynam tracić świadomość, robi mi się gorąco. Na przeciwko mnie siedzi wystraszona dziewczyna i wypytuje co się stało. Chyba odpowiedziałam rzeczowo, ponieważ dobiega do mnie kilka bluzgów.
Coś pęka. Wybiegam jak poparzona do łazienki i wkładam głowę pod lodowatą wodę. Zaczyna mnie parzyć cale ciało, powoli tracę umiejętność oddychania. Mój koniec zaczyna się ze mną witać.

Pamiętam jedynie migawki. Mój krzyk w aucie kolegi, że zaraz umrę. Kafelki na jakiejś ścianie. A potem kwadratowy pokój, którego wszystkie ściany, podłoga i sufit obite są miękkim fioletowym pluszem.

No ładnie, umarłam.


Budzę się naga. Nie mogę ruszyć żadną częścią ciała. Mam rurkę w gardle i kobiecym narządzie drugą. Kolejne wystają mi z żył, a dźwięk aparatu kontrolującego pracę serca rozrywa mi uszy. Potem budzę się co jakiś czas. Już bez rurki w gardle. Inne pozostają dalej na posterunku. Widzę szpitalne łóżka i lekarzy za szklaną ścianą. Dwie osoby obok mnie są przytomne, facet po prawej wstaje ze swojego miejsca, a przy oknie leży piękna młoda dziewczyna. Pod respiratorem, który za nią oddycha. A przy niej na krześle skulony chłopak w długich blond włosach z cieknącymi po policzkach łzach.

Następny przebłysk świadomości, to pytanie lekarza czy wiem, gdzie jestem i co się stało.

Wiem.

Przenoszą mnie na sale. Ze mną są dwie dziewczyny, które w tamtym czasie również zapragnęły umrzeć. Obie z powodu zawodu miłosnego. Jest jeszcze kobieta po czterdziestce, która zamiast soku napiła się detergentu do czyszczenia podłóg. To wszystko wydaje się być fikcją. Leżę wgapiona w sufit, nawet nie zauważam, że ktoś wchodzi. Czuję ciepłą dłoń na policzku.

Mamo…


To było najszczersze i najpiękniejsze przytulenie jakim obdarzyła mnie moja matka. Zobaczyłam łzy w jej oczach. Wydaje mi się, że poczuła w tamtym momencie ulgę. Ja zresztą też.
Powiedziała mi, że kilka, kilkanaście minut później i… Ciężko jest mi to teraz po latach pisać. I nie byłoby mnie.
Mój organizm ledwo dał radę, ale ona podczas odtruwania, obiecała mi, że nic mi nie będzie. Ja tego nie pamiętam. Nic. Zero. Ona mówi, że nawet na nią spojrzałam zanim kazali jej wyjść. Ja mam pustkę w głowie. Dostałam nauczkę. Solidną. Późniejsze miesiące, to czas, który wspominam bardzo dobrze. Mama była ze mną. Była przy mnie.

A jednak jakiś czas później znalazłam się dokładnie w tym samym miejscu. Ale nie chcę teraz o tego wspominać, to już inna historia.

Nie potrafię opisać jak bardzo jestem wdzięczną dwójce znajomych, którzy zawieźli mnie do szpitala po nieudanej próbie dodzwonienia się na pogotowie. Dzięki tym ludziom oraz zespołowi lekarzy jestem tu nadal. Dziś jako żona i matka. Dalej z problemami. Ale tym razem walcząca. Ja mam dla kogo żyć. A te wszystkie życiowe zawirowania czynią mnie silniejszą i znacznie bardziej świadomą wielu pokrętnych spraw. Dostałam szansę na trudne i jednocześnie cudowne życie. Otoczona tymi, którzy mnie kochają i których kocham ja. Warto czasem się zatrzymać i docenić to, co jest wokół nas.

Depresja, to straszna choroba. I nigdy nie należy jej bagatelizować. W złych momentach najmniejsza pierdoła jest w stanie zmobilizować człowieka do chęci ucieczki z tego świata. I nie jest prawdą, że ktoś z takim problemem poradzi sobie zupełnie sam. No może są pojedyncze wyjątkowe wyjątki. Ale każdy, kto zasmakował tego bólu istnienia powinien otrzymać wsparcie i poczucie, że mimo własnych czarnych myśli, jest dla kogoś ważny. Szkoda życia na popełnianie samobójstwa.

2 Comments

  • Hmm, … ciężko skomentować tego posta, bo jest szczery do bólu i wszystko, co przychodzi mi do głowy to kiepski banał. W każdym razie, skoro piszesz takie bardzo osobiste i naprawdę trudne posty, to pewnie gdzieś w środku …zakładam, że… chciałabyś, aby ktoś z czytelników coś powiedział. Tak mi się wydaje – inaczej pisałabyś w zeszycie. Więc, – niby pisze to do Ciebie obca osoba z Internetu, ale… dobrze, że jesteś/przeżyłaś, bo mało brakowało :( Gratuluję odwagi i życzę siły oraz zdrowia. (LJK)

    • LJK dobrze, że Ty jesteś tu. Dziękuję.
      Od prawie dziesięciu lat zapisywałam swoje przemyślenia w dużych kalendarzach. Zmęczona monotonną codziennością postanowiłam rozpocząć nowe pisanie w formie bloga. Wyrzuciłam kalendarze, które uznałam za niepotrzebne. Bez bólu i żalu, ponieważ to co z nich najważniejsze, to pamiętam. Blog miał być wsparciem terapii, jako odskocznia od problemów i macierzyństwa. Uczę się nie wstydzić tego kim jestem i kim byłam. Staram się zaakceptować siebie. Może nawet kiedyś się polubię, kto wie.
      Jakiś czas temu miałam poważny kryzys i chciałam rzucić wszystko. Stwierdziłam, że się poddaje i mam wszystko w dupie. Wtedy chcąc zamknąć bloga poczytałam wiszące na jego łamach komentarze. Od Czytelników. Od Was. I to co działo się ze mną z każdą sekundą, wielce mnie zadziwiło. Otóż zaczęłam na nowo wierzyć w siebie. Skoro na świecie oprócz Ślubnego jest choć jedna osoba, która twierdzi, że ja dam radę, to dlaczego ja w to wątpię? Wtedy zrozumiałam, że oprócz możliwości wyplucia z siebie zgorzkniałego jadu dostaję coś więcej. Wasze słowa. W chwilach dołka przypominam sobie, że ktoś życzy mi powodzenia, trzyma kciuki itd. A to cholernie pomaga. To daje mi chęć do działania. Siłą rzeczy, polubiłam fakt, że Czytelnicy chcą ze mną rozmawiać za pomocą komentarzy. Odkryłam, że gdzieś głęboko chciałam tego. Głównym założeniem jest pokazanie innym, że da się walczyć o siebie i swoje życie. Trzeba tylko chcieć oraz znaleźć własny punkt zaczepienia na tym gniewnym padole. Lubię pobudzać zarówno swój mózg, jak i inne to pewnych refleksji.

      Każdy, kto na dłuższą chwilę tu zostaje, przestaje być mi obcy. Staje się dla mnie ważnym elementem bloga. Jego częścią. Moim wsparciem.

      Dziękuję Ci za kolejne mile słowa. Ty często zostawiasz tu po sobie intrygujący ślad.
      Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz