Kocha, lubi, szanuje. A jeśli nie?

A co jeśli moje dziecko mnie nie polubi?


Kiedyś zadałam sobie to pytanie.

Przy pierwszej ciąży byłam przerażona. Nigdy nie miałam kontaktu z dzieckiem poniżej kilku lat, o noworodku nawet nie wspominając. Chyba mniej bałam się samego porodu niż tego co nastanie po nim.

Przecież wszystko się teraz zmieni.

Niejednokrotnie dławiłam się łzami i drżałam ze strachu jak sobie poradzę. O męża byłam spokojna. O siebie nie. Wszystko co dotyczyło takiego maleństwa było dla mnie czarną magią. Ale oprócz tego w głowie tliło się niepokojące przekonanie o własnej nie-fajności.
Kochałam całym sercem nasze dziecko od kiedy dowiedziałam się o jego istnieniu. Ale czy ono obdarzy mnie równie pięknymi emocjami? Czy ja na tę miłość zasłużę? Takie lęki wracały co jakiś czas. To było uczucie zbliżone do swędzenia dalekiego podniebienia. Wiedziałam, że nie ma się czym przejmować oraz, że to uporczywe doznanie minie, ale i tak doprowadzało mnie ono do szału.

Dziecko jest kochane bezgranicznie, bezwarunkowo i pomimo wszystko. A rodzic? Uważam, że każdy musi sobie na to wyróżnienie zasłużyć. Matka, to matka a ojciec, to ojciec, wiem. Jednak nie oznacza to przymusu kochania własnych twórców.

Dzieciaki nie pchają się na świat same. Zostają powołane do życia świadomie lub nie. Niezależnie od okoliczności w jakich spadną na Ziemię są skazane na swoich opiekunów. Jeśli matka porzuca kilkugodzinnego niemowlaka w kontenerze na odpady, to czy zasługuje na miłość tego maleństwa? NIE. Jeżeli ojciec każdego dnia po powrocie z pracy bije dotkliwie swoich synów i nie wyraża chęci zmiany stanu rzeczy, to jak długo można go szanować? A ojciec zakradający się w nocy do pokoju swojej małej księżniczki ma prawo żądać jakichkolwiek uczuć od córki? NIE.

Tworzymy te małe bezbronne istotki i w większości przypadków nie zostawiamy ich samych. Dbamy o nie, martwimy się, staramy wychować na dobrego człowieka. I tym zgarniamy punkty na nasze konta. Popełniamy również błędy, które mogą czegoś nauczyć nas, a potem my przekażemy tę wiedzę potomstwu. Staramy się w miarę naszych możliwości, aby godnie egzystowały i miały jak najmniej zmartwień. Chronimy ich niewinność i oswajamy ze szpetną stroną człowieczeństwa. Tworzymy ich dając spory kawałek siebie. Jeśli zrobimy, to dobrze mamy szansę na odwzajemnienie naszych uczuć. Mówimy „kocham”, a potem słyszymy „kocham”.

Dlaczego, więc zdarzają się przypadki, które pokazują rodzicom środkowy palec patrząc im prosto w oczy? Przecież takie dzieci też dostają wszystko co najlepsze. I to niekiedy upstrzone ciężką krwawicą rodziców. Gdzie dorośli popełniają błąd? Gdzieś na pewno, ale to syn czy córka podejmują ostateczną decyzję. Zapatrzony malec kurczowo trzymający się maminej spódnicy zaczyna dorastać. Przestaje traktować staruszków jak nieomylną wyrocznie i odkrywa zdolność samodzielnego myślenia oraz wyciągania wniosków. Dodajmy do tego ostry bunt i rodzic staje się persona non grata. Kłótnie nie posiadają horyzontu a mózg nastolatka zostaje zalany przekonaniem o własnej nieomylności. Rodzica można odłożyć na bocznicę. Nie jest już potrzebny. Ciągle gada i marudzi. Czasami stacza się nawet do pozycji osoby, której nie chce się kochać. Którą potrafi się nienawidzić. Czar słodkiego malucha pryska wraz z pierwszym wyciśniętym  na lustro pryszczem. To nie koniec naszej troski. Teraz trzeba znaleźć w sobie olbrzymie pokłady cierpliwości i siły i przetrwać burzliwy okres. Być może będzie trwał on wiele lat i teoretycznie nie zasłużymy na atencję ze strony córki czy syna. Ale kiedyś nadejdzie moment, gdy z rodzica awansujemy na dziadka i być może dopiero wtedy ponownie usłyszymy szept niosący na grzbiecie słowo Kocham.
Czy warto się starać zasłużyć na miłość dzieci? Warto. Ponieważ robimy to nie dla siebie, ale dla nich. I niezależnie czy w oczach dziecka zasłużymy na jego miłość, my będziemy wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy.

Dodaj komentarz