horse

Wybory mamy nie z wyboru – Marzenia

„Marzenia zwykle się spełniają, ale nie tak i nie wtedy, kiedy tego pragniemy.” – Maria Dąbrowska

Pragniemy, śnimy i marzymy. Panie jako kobiety, żony, matki, córki itd. Panowie jako mężczyźni, mężowie, ojcowie i synowie. Gdyby tak można zrobić z marzeń sok, z pewnością byłby on wieloowocowy, ponieważ każde z wewnętrznych pragnień ma inny smak. Niektóre są słodkie i długie jak banany, do innych trudno się dostać niczym do wnętrza ananasa, pozostałe rozpływają się w ustach jak świeże maliny, a jeszcze inne są twarde i trudno dostępne jak kokosy. Część z nich się spełnia, a jakaś część umiera razem z nami. Dążenie do realizacji swoich głębokich pragnień niekiedy wymaga od nas sporo cierpliwości oraz determinacji. I nie wystarczy tylko chcieć spełnić marzenia. Trzeba ruszyć szanowne cztery litery żeby w ogóle miały szansę się narodzić. Niby jak można śnić po nocach o szóstce w totka jeśli nigdy się w niego nie zagrało? Niestety nawet takie połączenie nie daje gwarancji na wygraną. Oprócz naszej pracy, a także odrobiny szczęścia musi nastąpić odpowiedni moment, którego nie możemy bać się wykorzystać.

Będąc rodzicami pragniemy jak najlepszego życia dla naszych pociech. Będąc dziećmi chcemy aby nasi rodzice byli z nami jak najdłużej. Jako partnerzy marzymy o bajkowym „długo i szczęśliwie”. A o czym marzymy dla naszego JA? Tak czysto egoistycznie? Nie mam na myśli dóbr ogólnych takich jak zdrowie, szczęście czy pieniądze lub egzotyczna wycieczka z rodziną. Mówię tu o indywidualnych potrzebach. Myślę, że większość z nas je ma. Tylko odnoszę wrażenie, że jakoś perspektywa egoizmu na tej płaszczyźnie nie jest zbytnio pożądana. A przynajmniej nie wypada wspominać o potrzebie chwycenia życia tylko dla własnej uciechy.

Ja prześwietliłam własny koszyk pragnień i odnalazłam marzenia tylko dla mnie. Dziś pora na porcję przyziemnego egoizmu.

MARZENIA

1. ZDOBYCIE WYKSZTAŁCENIA


Krótko i konkretnie, dałam dupy jeśli o to chodzi. I bardzo tego żałuję. Do ukończenia podstawówki było ok. Czerwonego paska chyba nigdy nie miałam. Nie uczyłam się źle, ale wolałam biegać po podwórku zdobywając nowe zadrapania i towarzyszące im przygody. Było fajnie dopóki moja anoreksja nie zaczęła odbierać mi siły fizycznej. W dodatku zapragnęłam również rzucić się w objęcia bulimii i wszystko poleciało na łeb i szyję. Głodzenie, wymiotowanie, przeczyszczanie i ćwiczenia. Tym żyłam. Na zajęciach spędziłam może jakieś 40% czasu, którego powinnam. Szybka utrata wagi dawała mi chęć do pogłębiania problemu. Oceny miałam dobre do połowy trzeciej klasy gimnazjum. Ostatni semestr zawaliłam równo. Nie miałam siły na nic. Mój mózg stał się gładki jak tafla jeziora. Miałam gdzieś szkołę, czepianie się matki, znajomych i wszystkiego dookoła. Chciałam być jeszcze chudsza i nic innego się nie liczyło. Cudem skończyłam ten etap szkolnictwa.
Okres liceum obfitował głównie w wymuszanie wymiotów i poczucie własnej beznadziejności połączonej ze wstydem istnienia. Do czasu aż pierwszy raz się upiłam i zyskałam fikcyjną pewność siebie. Świat blichtru i obłudy stanął przede mną otworem. Od tamtej pory przez kilka lat moim jestestwem rządziła anoreksja w parze z bulimią oraz przeróżnej maści używki. Skończyło się to dla mnie pobytami w szpitalach i utratą godności. W takim towarzystwie nawet nie myślałam o nauce i stanięciu na nogi. I nie mam tu pretensji do nikogo innego niż do samej siebie. To były moje wybory. Mniej lub bardziej świadome, ale moje.
Dopiero Ślubny pokazał mi, że świat może być piękny, a ja atrakcyjna. Tylko wtedy byłam już po kolejnej wizycie na odtruciach zwieńczonej nerwicą. Ponad dwa lata wyjęte z życia i codziennie „uczucie umierania”. A jak nauczyłam się na nowo oddychać, to zaraz potem zaszłam w ciążę. Tu również nie wykazałam się samozaparciem i siłą woli. Wygodniej było mi cieszyć się stanem brzuchatki aniżeli wracać do szkoły.
Głupia byłam. A jak już kopnęłam się w tyłek i chciałam, to nie mogłam. Ślubny pracował i studiował. Ja zajmowałam się dzieckiem i domem przy okazji zachodząc w drugą ciążę, której pierwsze pięć miesięcy to jeden wielki rzyg.
Teraz jestem tu, gdzie jestem. Zawaliłam, to prawda. Byłam pusta, leniwa i głupia. W tej chwili mam trochę bardziej poukładane w głowie. I nie rzucam się już z motyką na słońce chcąc zaliczyć trzy lata nauki w rok. Zrobię to na spokojnie. W trybie eksternistycznym. A potem zdobędę wykształcenie wyższe i być może odnajdę w międzyczasie to, kim chciałabym być. Plan mam. Realizować zamierzam go spokojnie i z głową. Małymi kroczkami, ale w końcu dojdę do mety. Może uda mi się spełnić edukacyjne marzenie.




2. ZNALEZIENIE PASJI, KTÓRA DA MI SATYSFAKCJĘ


Jako dziecko miałam marzenia. Jako nastolatka było ich trochę mniej. I tak z każdym rokiem pogłębiania się depresji ubywało mi tych jasnych iskierek. Jeszcze nie tak dawno płakałam, że nie mam ani jednego marzenia. A ostatnio wsłuchałam się w siebie i przygarnęłam te punkty. Miałam w życiu kilka pasji, ale o żadną wystarczająco nie zadbałam. Zawsze uciekałam. Niczego nie dokończyłam, bo sądziłam, że i tak nie dam rady, więc po co robić sobie nadzieje? I zawracałam w połowie drogi rezygnując z próby ukończenia czegokolwiek. Było żeglarstwo, rysunek, gitara, fotografia… Teraz muszę czekać aż znajdzie się coś w czym będę jednocześnie dobra i szczęśliwa. Zatem czekam cierpliwie.




3. KOLEJNE TATUAŻE


Pierwszy zagościł na moim ciele jeszcze przed poznaniem Ślubnego. W ramach prezentu od mamy na dwudzieste urodziny. I od tego przyjemnego wydarzenia minęło już sporo miesięcy. Aktualnie mam kilka projektów, które mają dla mnie olbrzymie znaczenia. Ale portfel mam na ostrej diecie. Pozostaje wyczekiwać obfitszych czasów.

4. SESJA ZDJĘCIOWA


Nigdy nie wierzyłam, że jestem ładna. Nigdy. I nadal w to wysoce wątpię. Czasami udaje mi się uwierzyć Partnerowi, że tak rzeczywiście jest. Że wszystko ze mną ok. Kiedyś lubiłam i robienie zdjęć i bycie w kadrze. Ale to też zostało zamordowane w brutalny sposób. Mam takie ciche pragnienie znalezienia się w posiadaniu fajnych zdjęć z moją osobą w roli głównej. Być może to próżne, ale takie mam marzenie i już. W sumie to wchodzi w nie mały pakiet. Jedna sesja w rockowym wydaniu a druga tylko dla Męża obfitująca w nagość zakrytą. Jeszcze kiedyś zarobie na ten kaprys.




5. PRAWO JAZDY

Dawno, dawno temu uwielbiałam prędkość. Czy to w aucie czy na łodzi. Wiatr, adrenalina i wolność. Potem zasmakowałam 201 uderzeń serca na minutę i bałam się nawet wejść do samochodu. Moje poczucie młodzieńczej nieśmiertelności zostało żywcem spalone. Na ten moment pragnę zrobić prawo jazdy i pokonać swoje lęki związane z jakąkolwiek formą transportu inną niż poruszanie się pieszo. Chciałabym czuć się swobodnie za kierownicą. I jednocześnie znaleźć w sobie opanowanie, spokój i rozsądek.




6. JAZDA KONNA


Jedno z największych marzeń z dzieciństwa nigdy nie zrealizowane z powodu braku środków finansowych. Wiem, to drogie hobby. Jednak jak już znalazłam rozwiązanie, to moja rodzicielka uznała, to za zbyt niebezpieczną pasję. A ja uwielbiałam przebywać z tymi cudownymi zwierzętami. Zajmować się nimi i w pełni obcować. Ale cóż, nie dla mnie takie sportowe rarytasy. Mimo to oraz nieubłaganie galopującego wieku wiem, że jeszcze kiedyś wybiorę się ze Ślubnym do lasu jedynie w towarzystwie naszych rumaków.

7 Comments

Dodaj komentarz