Teoria nierówna praktyce

Wylewając z siebie ostatnie przemyślenia, przez ułamek sekundy moje fale mózgowe zostały zgwałcone przez jedno pytanie: 

Czy aby na pewno jestem dobrą matką?

Na szczęście posiadam już wbudowany czujnik, który coraz częściej karci mnie za dopuszczanie do siebie takich wątpliwości. Nie jestem idealna, ale to nie oznacza, że nie jestem dobra.
Gdy tylko dowiedzieliśmy się o poczęciu nowego życia zaczęłam mocno zastanawiać się nad przedporodowymi przygotowaniami do roli rodzica. Jak większość opiekunów chciałam zdać ten egzamin śpiewająco i popełnić jak najmniej błędów. Z wypiekami na twarzy i swędzącym brzuchem słuchałam zeznań kuzynki czy baśni jednego porodu mojej matki. Przeczesywałam niestrudzenie internet oraz kolorowe poradniki w poszukiwaniu złotego środka. Nawet wraz ze Ślubnym uczęszczaliśmy na zajęcia w szkole rodzenia. Wiedzę na temat ciąży, porodu i tego co następuje później chłonęłam jak gąbka wodę na pustyni. Przez chwile byłam nawet skłonna uwierzyć, że wiem więcej i lepiej jak postępować z dzieckiem niż niejedna kobieta z wielodzietnej rodziny. Dobre sobie. Cóż, człowiek młody i głupi, to myśli, że pozjadał wszystkie rozumy.

Z informacji, które udało mi się zebrać dowiedziałam się miedzy innymi, że:
– poród boli,
– początki karmienia piersią bywają trudne,
– podobno warto zgodzić się na nacięcie krocza,
– dzieci czasem mylą dzień z nocą,
– rozszerzanie diety dziecka to pestka,
– nie wolno używać smoczka,
– dziecko może spać tylko w swoim łóżeczku,
I wiele innych faktów oraz mitów.
A! Zapomniałabym o ważnym punkcie! Mianowicie: pokochasz swojego potomka od pierwszej sekundy – no… to ja gdzieś po drodze zagubiłam się w czasoprzestrzeni. Nie pamiętam momentu, w którym zobaczyłam brzdąca po raz pierwszy, ponieważ byłam po znieczuleniu ogólnym. Podobno płakałam i przepraszałam małego, że nie dałam razy urodzić go siłami natury. Potem jak mi go przynieśli pomyślałam niezwykle głęboko i patetycznie „ja pierniczę, urodziłam własnego dziadka”.
To, że macierzyństwo jest trudnym fragmentem życia, to oczywiste. I mimo, że brałam to pod uwagę, to nie przypuszczałam jak bolesne będzie zderzenie z rzeczywistością. Miałam wrażenie, że nic poza potęgą uśmiechu noworodka nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Myliłam się.

Baby blues, depresja poporodowa i jak się okazało olbrzymia przepaść między nimi. Czytałam o tym, że kobiety łapią dołki i mają zmienne nastroje, ale o tym co stało się ze mną nigdzie nie przeczytałam.
Nie umiałam wstać z łóżka. Rolety byłyby zasłonięte 24 godziny na dobę gdyby nie reszta członków rodziny. Nie miałam siły ani ochoty zajmować sie nowonarodzonym dzieckiem. Momentami nawet nie chciałam go brać na ręce, przytulać, dotykać… Nic. Swojego ciała nienawidziłam. Wnętrza jeszcze bardziej. Im większe miałam poczucie winy, że nie chce być cały czas przy swoim dziecku, tym bardziej wpadałam w depresje. To napędzało się automatycznie. W jednej chwili patrzyłam na moją małą pociechę uśmiechając się, a po sekundzie ryczałam żeby ktoś zabrał go ode mnie, ponieważ nie umiem być dobrą matką. Gadałam głupoty, że mój syn zasługuje na lepszą rodzicielkę niż ja i żeby mąż znalazł sobie nowa życiowa partnerkę. Bezgłośny płacz przeradzał się w miotającą mną histerię przyprawioną myślami samobójczymi. Błagałam o pomoc. O możliwość powrotu do leczenia farmakologicznego. Ale nie. Musiałam być matką. Musiałam karmić piersią. Musiałam być idealna, bo jestem matką. Nienawidziłam siebie i wszystkiego co dotyczyło mojej osoby. Nie radziłam sobie z nowymi emocjami. Bałam się trzymać małego, dotykać. Paraliżowała mnie myśl, że na niego nie zasługuję. Ten koszmar trwał trzy miesiące. Do czasu aż trafiłam do mojego psychiatry i dostałam odpowiednie leki. Flegmatycznie wszystko zaczęło się wyciszać. Potrafiłam panować nad emocjami. Moja fobia powoli zmniejszała się. Uczyłam się swojego dziecka i przestawałam się go bać. Oczywiście karmienie piersią odpadło i młody stał się dzieckiem butelkowym. Na początku miałam wyrzuty sumienia, ogromne. Ale potem dotarło do mnie, że lepiej mieć szczęśliwą matkę z butelką niż potencjalną samobójczynię z gołymi cyckami. Zaczynaliśmy łapać kontakt i oswajać się ze sobą.

Pewnego dnia moje serce pękło.

Popatrzył mi prosto w oczy i ta chwila zmieniła wszystko. Mój dotychczasowy świat posypał się w gruzy, na których widać już było nowe, mocne fundamenty.

Pozwoliłam sobie na pokochanie synka.

Kochałam go od zawsze. Od momentu, gdy pierwszy raz jego serce uśmiechnęło się do mnie, ale nie umiałam dopuścić do siebie tego uczucia. Jakaś część mnie panicznie bała się wzięcia odpowiedzialności za nowe istnienie. Poza tym opieka nad dzieckiem z początku po prostu mnie przerosła. Mały płakał, opornie szła nam współpraca z karmieniem piersią, a ja obwiniałam za to wszystko wyłącznie siebie. I sama strzeliłam sobie w kolano. Właśnie takim wmawianiem, że muszę być dobrą matką, a jeśli coś nie idzie gładko, to znaczy, że robię to źle. A dalej leciało jak klocki domina. Skoro robię źle, to nie zasługuje na ten mały cud. A jeśli na niego nie zasługuję, to po co mam w ogóle żyć?!
Między mną i moimi uczuciami zaczęło się układać jak wyluzowałam. Potrzebuje brać leki? No dobrze, to będę karmić mlekiem modyfikowanym. Dziecko z głodu nie umrze. Młody zanosi się płaczem nie mogąc zasnąć w łóżeczku? Może się boi. Ja bym się bała. Biorę go na ręce i tańcząc usypiam go kołysaniem. Potem delikatnie odkładam na jego materac. Czy go w ten sposób rozpieszczam noszeniem? Jeśli nawet to trudno, potem będę z tym walczyć. Teraz nie chcę żeby czuł się przerażony. Smoczek, który był przekleństwem położnych i logopedów zdziałał cuda. Uspakajał nie tylko brzdąca, ale też dawał nam odrobinę upragnionej ciszy. Czy brzmi to trochę egoistycznie? Być może, ale dzięki temu mogłam kolejne godziny spędzone z dzieckiem być uśmiechnięta a nie rozdrażniona ciągłym wyciem. Nie byłam i nie jestem idealna, ale zrozumiałam jedno. Szczęśliwi rodzice, to szczęśliwe dzieci. Przestałam mieć kij w dupie, że moje mieszkanie musi być sterylne każdego dnia. Nauczyła się na nowo bawić i cieszyć życiem. A o tym też nikt nie wspomniał. Że posiadanie potomstwa zmusza człowieka nie tylko do zmobilizowania sił, ale pozwala ono na odkrycie uśpionego w sobie dziecka.

Moim zdaniem najgorsze co można zrobić to próbować ułożyć sztywny plan i popadać w kompleksy po wysłuchaniu jak to inni rodzice świetnie sobie radzą. Super, że wam idzie jak z płatka, a ja radzę sobie gorzej i nie mam zamiaru udawać, że tak nie jest. O bólu i strachu powinno się mówić i nie bać się do nich przyznać. Jeśli zostawimy to w sobie, to ten kompost będzie gnił zatruwając nas i naszych najbliższych. Nie jest wstydem powiedzieć nie radzę sobie z karmieniem piersią. Dlaczego trzeba cierpieć w imię wyższości pokarmu naturalnego? Bo tak mówią inni? Bo to łatwe, miłe i przyjemne? Bo tak trzeba? TRZEBA to umieć cieszyć się byciem zarówno matką jak i ojcem. A presja mówienia wyłącznie o tym co jest dobre, powinna zostać brutalnie uśmiercona.
Macierzyństwo to ciężka sprawa. I potrafi ono przerosnąć niejedną kobietę. A obawa przed przyznaniem się do słabości czy nawet porażki utożsamiana jest od razu z hasłem zła matka. A tak nie jest. Każdy ma prawo do chwili słabości. I zamiast tworzyć fikcyjny obraz obcowania z własnym dzieckiem, dobrze jest czasem powiedzieć na głos jest mi źle.

Tak sobie pomyślałam, że są pewne typu rodzicielstwa. Pierwsze to takie, w którym wszystko jest idealne zarówno w czterech ścianach jak i na zewnątrz. Drugie to takie, gdzie wmawia się światu jakim jest się przykładnym rodzicem, a w domu na każdym kroku strofuje dziecko. Trzecie, to gdy zarówno w domu jak i świecie zewnętrznym dzieje się źle. I jest jeszcze jedno, moim zdaniem szczególne. Kiedy pozwalamy sobie i dzieciom na bycie wolnym człowiekiem. Takim, który nie udaje świętego i potrafi przeprosić za swoje błędy. Ale żeby nie było za dużo czytania, to tę myśl rozwinę już w kolejnym poście.

3 Comments

  • zmroziło mnie trochę na początku, ale jak zawsze napisałaś mądrze. Nie czytam Twoich wpisów od razu, zaglądam dopiero wtedy, kiedy mam, że tak powiem odpowiedni nastrój. Wiesz przeczytać o "dupie maryni" mogę codziennie, ale tekst, który skłania do refleksji niekoniecznie. Nie teraz kiedy hormony szaleją rzucając mnie na dół, a później znowu płacz, ryk, histeria zamienia się w śmiech – wszystko dzieje się w minutach 😮
    p.s. mam jeszcze parę zaległych tekstów, a dziś mam dzień refleksji :)

    • Cieszę się, że blog spełnia swoje zadanie. Niesamowicie jest przeczytać, że to co piszę skłania do refleksji. Oprócz upuszczenia sobie odrobiny krwi i myśli, chciałam żeby właśnie to robiły moje teksty.
      Dziękuję. Bardzo.

Dodaj komentarz