Przerzucanie balastu

Dzieci rodzą się czyste jak kartka białego papieru. Niezapisane, nieskazitelne, wyczekujące aż zaczniemy kreślić na nich słowa, myśli i czyny. Nikt nie przychodzi na świat albo dobry albo zły. To jacy stajemy się z biegiem czasu zależy od wielu czynników. Od rodziny, środowiska, potęgi mediów i na pewno w jakimś stopniu genetyki, odpowiedzialnej za stopień twardości tyłka.
Zastanawiam się czy seryjny morderca, gdyby urodził się w innej rodzinie również przyswoiłby akurat ten fach? Albo czy chłopiec patrzący codziennie na pijanego ojca okładającego matkę pięściami, byłby w stanie sam nie w paść w sidła nałogu podczas imprezowego życia studenckiego? A ja? Czy gdyby moje życie przebiegło inaczej, to czy skusiłabym się na wdepnięcie w anoreksję i depresję? Osobiście uważam, że jakiś potencjał każdy w sobie ma. Ale wypłynąć na powierzchnie może on jedynie przy pomocy konkretnych czynników. To mniej więcej tak jak z nowotworem.Teoretycznie każdy z nas nosi w sobie coś wadliwego co może przeistoczyć się w ciężką chorobę. A jednak większą szansę na zachorowanie na np. raka płuc ma nałogowy palacz niż osoba niepaląca. Niektóre elementy serwujemy sobie sami. Inne dają nam rodzice czy otoczenie. Na część z nich jesteśmy skazani, ale to nie znaczy, że jesteśmy przegrani.

A jak ma się to do tematu rodzicielstwa? Otóż tak, że możemy na chwilę usiąść i zastanowić się jakie okoliczności chcemy przedstawić naszemu potomstwu.

Żadne nowe życie nie prosi się o ściągnięcie go na ten podły ziemski padół. Niezależnie czy ta mała istotka rozwijająca się w matczynym łonie jest najbardziej wyczekiwanym darem, czy też nieoczekiwaną niespodzianką, stajemy się za nią odpowiedzialni. Staramy się aby nasza pociecha była najszczęśliwsza, najmądrzejsze, zdrowa i wesoła. Każdy rodzic pragnie tego, co najlepsze dla swojego dziecka. I tylko pozazdrościć rodzinom taplającym się w tej błogiej sielance. A co jeżeli rodzic lub oboje dorosłych nosi ze sobą uciążliwy bagaż niemiłych doświadczeń? Jeśli sam nie do końca radzi sobie ze sobą?

Mogę jedynie pisać jak to wygląda z mojego punktu widzenia. Nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie związanej z dziećmi i opieram się głównie na własnych obserwacjach. Zdarza mi się nawet od czasu do czasu napisać coś mądrego.

Jako osoba wychowana w głosach awantur, zapachu przetrawionej wódki i przez osoby, które nie do końca pozwoliły mi na uwierzenie, że jestem cokolwiek warta, coś o brudzeniu białej kartki wiem. Pierwszych lat życia oczywiście nie jestem w stanie pamiętać. Jestem za to pewna, że dziecko, którym zajmuje się właściwie tylko matka, a ojciec wtacza się do mieszkania, nie może mieć stuprocentowego poczucia bezpieczeństwa. A z tego powstają pokłady strachu i poczucia winy. Tylko czy to ja wybrałam sobie takiego ojca? Nie. To on razem z moją matką mnie spłodzili. Oni mnie chcieli. A przynajmniej ja staram się w to wierzyć. Gdy szanowny główny alkoholik ogniska domowego wreszcie zniknął z naszego życia i mama odzyskała wolność, to w pewnych momentach czułam jakbym przestawała istnieć. Teraz mając prawie trzydzieści lat jestem skłonna zrozumieć jej potrzebę posiadania partnera. Natomiast nie rozumiem niektórych decyzji i sposobu wychowywania mnie jaki został wtenczas wprowadzony. Zeszłam na drugi plan. Czułam się niepotrzebna, niechciana, zbędna. O wór z takim emocjami również się nie upraszałam.
Nie mówię, że spotkało mnie samo zło i gorycz. Co to, to nie. Ale jednak to te przykre doświadczenia ukształtowały mnie najbardziej. I najlepsze jest to, że jako dziecko niczym sobie na to nie zasłużyłam. Moja matka ma swoją historie i mój ojciec również. Ale w momencie pojawienia się na świcie dziecka, każde z nich mogło dokonać kilku innych wyborów zamiast przerzucać na mnie swój balast. Otrzymałam takie a nie inne fundamenty. Zaczęłam budować na nich sypiącą się ruinę. A teraz staram się na nowo stworzyć coś stabilnego i przyjemnie wyglądającego. To ode mnie zależy jakie kolory będą na ścianach budynku oraz w jego wnętrzu. Teraz jako dorosła kobieta zyskałam moc sprawczą, którą zamierzam odpowiednio wykorzystać. Nie zmienia to jednak faktu, że mam swoje problemy i własny balast. I choć każdego dnia popełniam błędy, to nie chcę obarczać tym dzieci. Nie wyobrażam sobie odbierać im dzieciństwa.

Jako bulimiczka nie mam prawa spychać tego systemu i towarzyszących mu emocji na chłopców. Oni nie są tu niczemu winni. Nie mam prawa uderzać w nich moimi nierównościami sufitu. Ja jestem od tego, aby dać im poczucie bezpieczeństwa, a także pokazać dobrą i złą stronę życia. Ale nie w formie widokówki z matką rzygającą do kibla. Tę rozgrywkę mogę prowadzić przy wsparciu męża, ale dzieci powinnam przed tym chronić. To samo tyczy się moich fobii. Dlaczego mam nie nauczyć dziecka jeździć na rowerze? Bo sama się tego boje? Nie. Najpierw to ja przezwyciężę swój strach, a potem będę dopingować małych rowerzystów. Moje lęki i strachy nie mogą zaprzyjaźnić się z moimi dziećmi. To moja walizka. Oni uzupełniają własne. I zapewne dotknie ich mnóstwo nawet bardzo przykrych doświadczeń przed którymi ich nie uchronię. Ale przynajmniej mogę nie przerzucać na nich własnego gnijącego balastu.

8 Comments

  • Trochę wiem jak to jest mieć swój bagaż. Swoje przeżyłam. I trzymam kciuki za Ciebie i pozbycie się choćby tych cięższych rzeczy z balastu jaki nosisz. Ściskam.

  • Próbując odnaleźć jakieś pozytywy swojego balastu, jedynym jaki odnajduję jest fakt, że wiem jak błędy w wychowaniu, obarczanie problemami dorosłych i nadodpowiedzialnością wpływają na dalsze życie małego istnienia. Dzięki swoim doświadczeniom wiem jakich błędów nie popełniać. I to chyba jedyny pozytyw jaki odnajduję…

    • Zabrzmi to bardzo banalnie, ale dobrze jest szukać plusów nawet tak, gdzie z pozoru nie mają prawa istnieć. Gdzieś mi się kiedyś obiło o uszy bądź oczy fajnie stwierdzenie, że z każdej nawet najkwaśniejszej cytryny da się zrobić smaczną lemoniadę.

  • Obecnie pogląd, że dziecko rodzi się jako czysta karta jest uznawany za przestrzały. Zresztą, sama dochodzisz do tego wniosku zaznaczając, że działają geny. W każdym razie, w postach, jakie piszesz, wyłania się taki obraz, że dużą odpowiedzialność za bulimię swojej córki, czyli Ciebie, ponoszą rodzice. Ponieważ to jest Twój blog i wolno napisać Tobie na nim, cokolwiek zechcesz … nawet, że 2+2=5 …, to jednak po dłuższym namyśle zdecydowałam, że przedstawię Tobie moją hipotezę tego, co spowodowało bulimię, a Ty zdecydujesz czy masz ochotę spojrzeć przez moje okulary i (przede wszystkim) czy to ma dla Ciebie sens.

    Zacznę od odwrócenia kota ogonem – zostawmy rodziców w spokoju. To znaczy, wpływ rodziców jest nie bez znaczenia – to wie każdy. Być może rodzice nie są w stanie zrobić wiele dobrego, np. nakłonić do zaprzestania palenia, zmusić do niejedzenia chipsów, ale na pewno są w stanie zrobić wiele złego, np. zabronić spotykania się z kimś ważnym, albo przenieść do innej szkoły. W mojej hipotezie ich wpływ będzie na drugim miejscu. Wyjdę od tego, że na pierwszym miejscu, największy wpływ na rosnącego człowieka mają jego rówieśnicy – grupa z jaką styka się na co dzień. To od tego, jak przebiega socjalizacja w grupie, zależy nasza samoocena, nasz poczucie sprawstwa, to, czy wierzymy w siebie czy nie i wiele innych. Osoby, które są odrzucane (bo są grube/chude, niskie/wysokie, białe/czarne) na bardzo wczesnym etapie (mówię o przedszkolu, szkole podstawowej, gimnazjum, może jeszcze kawałek liceum, ale nie upieram się), płacą za to również w dorosłym życiu. W grupie rówieśniczej uczymy się wielu rzeczy, np. to, jaka jest nasza pozycja w niej. Osoby z jakichś powodów nieatrakcyjne (np. za niskie, albo zbyt nieśmiałe, ich rodziców nie stać na ciuchy lub telewizor) są zazwyczaj bliżej dołu niż góry. Takie doświadczenia zostają z nami. Popatrz, w kolejnych postach piszesz, że grupa rówieśnicza nie była za przyjemna – "czułam się gorsza od koleżanek i kolegów z klasy czy podwórka". Nie wiem, co tam się wydarzyło, ale z Twoich postów wynika, że nie byłaś pępkiem świata. To jest kawałek przyczyny bulimii.
    Wracając do wpływu rodziców. Na pewno, chociażby przez geny. Od rodziców dziedziczymy to, jak nasz mózg wygląda w dużej mierze. Prawda, jest on plastyczny, więc każdy ma swój, niepowtarzalny (z uwagi na doświadczenia życiowe) egzemplarz, ale jesteśmy bardziej podobni do swoich rodziców/dziadków niż do nieznajomego na ulicy. Cechy są w dużym stopniu dziedziczne. Emocjonalność również. Pewnie nie odziedziczyłaś skłonności do alkoholu (bo niby jak), ale być może pewne uwarunkowania. Jedni mają wysoki próg wrażliwości i trudno ich wyprowadzić z równowagi, natomiast drugim te emocje powstają łatwiej. To jest drugi kawałek przyczyny. Składając wszystko razem do kupy – niewykluczone, że emocjonalność w połączeniu z niesprzyjającym środowiskiem rówieśniczym popchnęły Cię to do bulimii jako sposobu radzenia sobie z emocjami. Scenariuszy mogło być kilka, a bulimia jest jednym z nich… Próbuję powiedzieć, że gdybyś urodziła się w środowisku artystów i chodziła do szkoły plastycznej, to może dzisiaj sprzedawałabyś impresjonistyczne obrazy…

    Mnie ten sposób rozumowania przekonuje :-) chociaż przyznam szczerze, że jest wywrotowy, bo najłatwiej przypomnieć sobie sytuacje i odczucia z domu i przypisywać odpowiedzialność temu, jak w nim właśnie było, niż na podwórku/klasie … No, cóż, jestem ciekawe, co Ty o tym sądzisz :-)
    (LJK)

    • Jak zawsze niezawodna LJK, lubię Twoje komentarze.
      Uważam, że dzieci rodzą się jako białe kartki posiadające takie jakby zaplecze genetyczne, które w zależności od kontaktu z zewnętrznymi czynnikami mogą, ale nie muszą się ujawnić.
      A teraz zakładam Twoje okulary i piszę co ja przez nie widzę :)

      Rodziców obwiniam w sumie w niewielkim stopniu. Mam żal do ojca, że nie wziął się w garść, gdy ja się urodziłam. Co do mojej rodzicielki, to bardzo boli mnie to, że nie reagowała na moje wołanie o pomoc i zbagatelizowała komunikat, że ktoś mnie krzywdzi.
      Za największego winowajcę moich problemów uważam samą siebie. Chciałam zostać zauważona, być potrzebna, ważna i żeby ktoś się mną zaopiekował.
      Rówieśnicy oczywiście odgrywają duża rolę w tworzeniu naszej osobowości. To niepodważalny fakt. Ale patrząc przez pryzmat mojej osoby, gdybym nie miała ojca alkoholika to znacznie łatwiej byłoby mi odnaleźć się w grupie równolatków. Nie byłam bym aż tak nieśmiała i wystraszona. Czułam się gorsza, ponieważ wszyscy wiedzieli jakiego mam ojca. Dodatkowo moje zainteresowania były ośmieszane przez bliskie osoby. Zapewne stąd miałam tak niskie poczucie własnej wartości.
      Masz rację, że gdybym wychowywała się w innych warunków może byłabym innym człowiekiem. A może nawet jako dziewczyna oczarowana sztuką szukałabym wyższych doznać poprzez na przykład alkohol? Jest jak jest. A najważniejsze jest to, że ja chcę walczyć o siebie niezależnie od genezy osobistych problemów.

Dodaj komentarz