Brzydota

W zaburzenia odżywiania wpakowałam się w jakimś stopniu świadomie. Zniknięcie z mojego życia ojca wywróciło mi świat do góry nogami. Z jednej strony był to moment wyczekiwany przez lata, z drugiej stało się coś odwrotnego niż mogłabym się spodziewać. Zniknęłam. Nagle przestałam być ważnym elementem rodziny. Już nie musiałam łagodzić sporów ani bronić matki przed katem. Zeszłam na dalszy plan i poczułam się zupełnie niepotrzebna, niechciana, zbędna.

Wszystko zaczęło się zmieniać. A ja czułam się jak ryba wyrzucona na pomost. Już nie musiałam wszystkiego kontrolować żeby jakoś przetrwać. Moje krzyki nie były już konieczne, a zasypianie obok matki trzymającej nóż pod poduszką poszło w zapomnienie. Teoretycznie wszystko powinno się zacząć układać. A we mnie coś pękło. Dopiero teraz po kilkunastu latach zaczynam układać to w logiczną całość przy pomocy terapii i samozaparcia. Być może nigdy nie odnajdę prawdziwej genezy, ale przynajmniej chcę część spraw zrozumieć jako osoba dorosła, a nie dziecko.
Przestałam jeść. Tak po prostu. Zawsze czułam się gorsza od koleżanek i kolegów z klasy czy podwórka. Dlatego chciałam udowodnić wszystkim jaka jestem zajebista. A przez takie działanie wychodziłam jedynie na idiotkę. Wtedy rządziły mną emocje, teraz umiem na chłodno ocenić co wtedy czułam. Odkąd pamiętam czułam się brzydka i głupia. Zawsze gorsza, zawsze.
W momencie pozbycia się ojca coraz więcej czasu spędzałyśmy z nowym partnerem mamy. Miał córkę w moim wieku, do której na każdym kroku byłam porównywana. Fakt, zamiast siedzieć z nosem w książkach ja wolałam marzyć, rysować, śpiewać, bawić się. Moja wiedza na pewno nie była i zapewne nie będzie tak obfita jak jej. Ale czy to czyni mnie człowiekiem z niższej półki? Teraz wiem, że nie, ale wtedy tak się czułam. I mimo zapewnień, że obie jesteśmy tak samo mądre oraz piękne, całe otoczenie utwierdzało mnie w przekonaniu, że to tylko kłamstwo. Nie mam żalu do tej dziewczyny. Na pewno nie. Mam żal do mojej matki, że nie wierzyła mi i nie chciała słuchać tego, że ja czuje się gorsza. Przez wiele lat jej partner był najważniejszy, a o mnie przypominała sobie jak stałam na krawędzi potężnego zagrożenia. Ale ta historia musi poczekać na własny post. 
Przestając jeść zaczęłam oczywiście tracić na wadze. Pielęgniarka szkolna coś tam marudziła, że mam niedowagę, ale dla mnie każdy kolejny kilogram na minusie był powodem do dumy. Jednak wszystko ma swoją cenę. I kiedy za często słabłam bądź nie byłam w stanie podnieść się z łóżka zaczęłam odrobinę więcej podjadać żeby móc funkcjonować. Niestety spowodowało to niepożądany przyrost wagi, więc żeby oszukać i siebie i własny organizm, jadłam i zwracałam to. Do tej pory pamiętam, że moim niechlubnym debiutem było jabłko. Zwykłe jabłko. Ulga, ból, nienawiść. Ale dawało to efekty, więc nie chciałam z tego rezygnować. Kiedy jednak zdałam sobie sprawę, że dostatecznie przegięłam i zamierzałam z tym skończyć, okazało się, że nie ma takiej opcji. Choroba już mnie pożarła, ale wcale nie miała zamiaru mną rzygnąć. I tak przebiegał mój żywieniowy taniec. Nie jadłam i się przeczyszczałam, to chudłam. Chciałam wyzdrowieć, to tyłam. I tak potrafiłam balansować miedzy 40 a 70 kilogramami w bardzo krótkim czasie. To co z pozoru miało być ładne, zaczęło mnie oszpecać.
Niektóre dziewczyny utożsamiają zaburzenia odżywiana z czystym pięknem. Nie będę mówić, że na początku nie odnosi się takiego złudnego wrażenia, bo bym skłamała. Uczucie stuprocentowej kontroli nad ciałem daje poczucie boskości. Ale jaką cenę przyjdzie zapłacić po wyzdrowieniu? Oczywiście jeżeli po drodze nie wpadnie się w pułapkę zastawioną przez Kostuchę.
Ciało narażone na tak olbrzymie wahania wagi staje się po prostu brzydkie. Pojawiają się rozstępy w związku z tym, że skóra nie wyrabia ze swoją elastycznością. Włosy wypadają z braku odpowiednich składników dostarczanych w formie jedzenia. Skóra staje się sucha i pomarszczona jak u sędziwej staruszki. Cienie pod oczami mogą spokojnie imitować oczy pandy, a zęby zaczynają psuć się na potęgę. Paznokcie rozdwajają się, a także łamią. Złe odżywianie zachęca cellulit do zamieszkania na nogach i tyłku. Po kolejnych jazdach ze skokami wagi skóra zaczyna zwyczajnie wisieć. Jak kangurzy worek. Kobieta staje się swoją smutną karykaturą.

Anoreksja czy bulimia wcale nie są piękne tak jak wyobrażają sobie to niektóre młode dziewczyny. Za każdym uzależnieniem kryje się rachunek na bardzo duża kwotę, którą często trzeba spłacać do końca życia. Zaburzenia odżywiana uśmiercają kobiece piękno. Kości z naciągnięta skóra może dla niektórych są atrakcyjne. Ale nie sadzę aby którakolwiek z pań chciała na własne życzenie zafundować sobie dodatki w postaci rozstępów, braku zębów czy konieczności noszenia bardzo krótkich włosów. Te choroby nie mają nic wspólnego z pojęciem piękna. Szkoda zabijać w sobie wewnętrzne i zewnętrzne piękno. Jako osoba borykająca się z tym gównem od kilkunastu lat mogę zapewnić, że nie warto marnować ani siebie, ani swojego ciała dla wyidealizowanej brzydoty.

Dodaj komentarz