Głodna matka zaczyna jeść

Gdyby nie Ślubny i dzieciaki mogłabym jedynie wąchać kwiatki od spodu. Prawdopodobnie zmarłabym w szpitalu na zapaść ważąc czterdzieści kilogramów albo spadłaby do rwącej rzeki w akcie desperacji przyprawionym czymś mocniejszym. Mimo wszystkich błędów jakie popełniłam, to właśnie ja dostałam szansę bycia kochaną i kochać. Jedyne co muszę dać w zamian to chęć walki i przetrwania. Teraz już nie wolno mi się zabijać. 

Anoreksja w połączeniu z bulimią i depresją nie wróży happy endu. A co się stanie jeśli do tego towarzystwa wprowadzimy małe bijące serduszko? Świat na chwilę wstrzyma oddech i zapyta jakim cudem to jest możliwe?! Przecież ktoś taki jak ja teoretycznie nigdy nie powinien mieć dzieci. Sam nie potrafi poukładać siebie, a co dopiero zadbać o niewinna istotę?!

Przyznaję, że pierwsza ciąża była ciężka biorąc pod uwagę dodatkowy nadbagaż tłuszczu. Na początku wmawiałam sobie, że kolejne kilogramy to nic takiego, to norma w ciąży. Cóż, może przybieranie na wadze i jest oczywiste w tym stanie, ale odbicie sobie wieloletnich głodówek i diet już średnio. Wpychałam w siebie wszystko co nie zdążyło przede mną uciec. W końcu miałam usprawiedliwienie, prawda? Ciężarna nie powinna odmawiać sobie zachcianek. Tylko, że ja byłam jak pies debiutancko biegający po łące bez smyczy. Chłonęłam każdy zakazany przez lata smak. Okazało się, że po zjedzeniu kawałka jabłecznika nie muszę biec do kibla i opróżniać żołądka. Musiałam dbać o siebie i dziecko. Trzeba było jeść i nie wymiotować. To nie było akurat aż takie trudne, mam na myśli samo spożycie pokarmu. Jednak potem były łzy, gniew i rozpacz. Przecież to wszystko szło mi w dupę, nogi i resztę członków. Najprościej było wytłumaczyć sobie, że „teraz mi wolno„, ponieważ będę miała dziecko. Tak naprawdę wolno mi było zadbać o siebie. A akurat to trochę nie wyszło.
Ciąża pociągnęła za sobą + 23 kg. Wszystko fajnie, bo połowa spadła równolegle z możliwością zobaczenia własnych stóp tuż po porodzie, ale co z drugą połówką?? Jeszcze w szpitalu wydawało mi się to błahe. Byłam pewna, że kilogramy zgubię karmiąc piersią i spacerując z malcem. Szybki powrót do domu przeistoczył się w trzymiesięczna depresję poporodowa i walkę o możliwość karmienia młodego cyckami. Przegrałam. Ale nie żałuje. Jak się w końcu podniosłam z poziomu podłogi, dostałam leki i wsparcie. Mogłam wreszcie zacząć poznawać uroki macierzyństwa. Pokochałam syna całym swym jestestwem zapominając o trwającej nadwadze.
Kiedy zamieszkaliśmy sami, Ślubny całe dnie spędzał na uczelni, ja zaś bawiłam się w kurę domową. Gotowałam obiady, piekłam ciasta, sprzątałam i miałam dosłownie i w przenośni w dupie dodatkowy balast. Byłam szczęśliwa. Tak naprawdę szczęśliwa. Mimo, że w fazach fascynacji słodkimi wypiekami wskazówka potrafiła dobijać do 80 kilogramów. Akceptowałam siebie. Co więcej, ja siebie lubiłam. I nie marnowałam czasu na przejmowanie się wyglądem, lecz brałam garściami radość bycia matką. Było bardzo dobrze.
Po jakimś czasie z wielu powodów musieliśmy wrócić do mojego wielkiego miasta i po krótkim czasie kłopoty zaczęły mnożyć się jak króliki. W dodatku moje całodobowe rzyganie nie było grypą. Tak, pewnego popołudnia pies położył mi mordę na brzuchu tak samo jak podczas pierwszego zaciążenia. Następnego dnia zrobiliśmy test. I zdaliśmy go pozytywnie.
Jak się szybko okazało moje dziecko miało być wcieleniem zła i już na „dzień dobry” zafundowało mi pięć miesięcy codziennej bliskiej relacji z porcelaną. Siłą rzeczy zgubiłam to, czego nie umiałam zgubić przez półtora roku od pierwszego porodu. Wszystko zaczęło się powoli stabilizować, a ja przybierać na wadze. Podczas drugiej przygody z rosnącym brzuchem dostałam w prezencie jakieś 10-11 kilo. Co zresztą zniknęło w dniu przyjścia na świat młodszego syna. Znów czerpałam radość z bycia matką. A w dodatku ten potomek nie wzgardził matczyną piersią.Zapowiadało się fajnie. Do momentu pierwszych przebłysków depresji i nerwicy lekowej. Po prawie 11 miesiącach naturalnego dostarczania pokarmu niemowlęciu, ponownie wróciłam do leków. A one znów mnie wyciszyły. Tym razem nawet w porę.
Synowie rośli, a ja postanowiłam spojrzeć w lustro. Nie spodobało mi się moje odbicie, oj zdecydowanie nie. Nawet nie pamiętam kiedy zaczęłam po cichu ograniczać posiłki. A to niby, bo czasu nie mam na jedzenie, a to bo głodna nie jestem czy zjem później, a później już nie było. Jedzenia robiło się coraz mnie i mniej. Tak samo jak kilogramów. Byłam zadowolona z efektów oszukując siebie i innych, że to „jakoś tak samo schodzi„. Byłam na tyle przekonująca, że sama wierzyłam w te brednie.
Mimo rosnącego poczucia mocy zaczęłam słabnąć. A to nie mogło się zdarzyć. Miałam dwójkę dzieci na głowie, którym przecież nie mogło się nic stać. Zaczęłam jeść. Wraz z pierwszymi kilogramami na plusie w mojej głowie zrodziły się potworne demony. Moje demony. Moja nienawiść do samej siebie. Zaczęłam więc wymuszać wymioty. I tak sporadycznie udawałam się do toalety, gdy mały spał w łóżeczku a starszy z zaciekawieniem oglądał bajkę. Cały stres, napięcie, poczucie winy i przytłaczająca samotność wpływały razem z przemielonym żarciem prosto do morza.
Czułam, że lecę po równi pochyłej. I wtedy okazało się, że zakwalifikowałam się wcześniej na terapię, na którą miałam czekać ponad rok. Od tamtego dnia obiecałam sobie, że tym razem się nie poddam. Nie dla siebie, ale dla nich. Dla trzech mężczyzn, którzy nie potrafią żyć beze mnie, a ja bez nich. I w taki sposób dążę do celu od roku. Terapia, leki, psychiatra, wsparcie rodziny dają mi możliwość podjęcia tej próby. Ale przede wszystkim to moja determinacja i uświadomienie sobie wielu spraw pozwala mi nie robić kroków wstecz, a co najwyżej zatrzymywać się na chwile.

Jakimi sposobami leje po pysku zaburzenia odżywiana na dzień dzisiejszy?

Po pierwsze i co najdziwniejsze, jem śniadania. Staram się abyśmy wspólnie spożywali każdy ważniejszy posiłek. Tak rodzinnie i po prostu normalnie. To jeden argument, który zmusza mnie do wrzucenia w siebie pierwszego posiłku przed godzina 16. Drugim powodem jest energia jakiej potrzebuje aby sprostać obowiązkom matki, żony i organizatora porządku domowego.

Po drugie jem kilka mniejszych posiłków dziennie nie przeciążając w ten sposób żołądka, by nie mieć uczucia przepełnienia i potrzeby włożenia palców do gardła.

Nie wchodzę na wagę.

Kolejna sprawa to odpowiednie nawadnianie. To tak ogólnie dla zdrowia i aby podreperować kulejącą gospodarkę elektrolitowa.

Nie katuje się, tzn. staram się tego nie robić i kiedy mam ochotę na loda to go zjadam. Oczywiście nie mogę zjeść za dużo, ponieważ to mogłoby sprowokować atak bulimiczny.

Odkryłam też jak wspaniały jest rozsądny ruch. Zamiast gnębić ciało do chwili omdlenia, wystarczy, że wyskoczę ze trzy razy w tygodniu na pól godziny na rower. Teraz będę zamieniać dwa kółka na nogi z racji zbliżającej się zimy.

Podstawą jest czas spędzany z dziećmi. One dają mi chęć do działania.

Łącząc te wszystkie elementy nagle okazało się, że nie jestem skazana na wymiotowanie. I że zarówno ze stresem jak i obsesją szczupłego ciała mogę normalnie funkcjonować i nie przyspieszać wizyty u Kostuchy.

Ale nie doszłabym do tego momentu życia gdyby nie moich trzech M. To dla nich zaczęłam chcieć podnieść się z tego bagna. To Oni w najgorszych chwilach są przy mnie. To Oni kochają i pragną być kochani. To Oni zatrzymali mnie tu na Ziemi i to dla nich jestem w stanie zrobić wszystko. Mimo, że czasami mam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie, to dzięki Nim to wszystko trwa. I ja trwam. Żyje. To Oni nauczyli mnie, że ja też zasługuję na miłość i szczęście 

4 Comments

  • Bardzo poruszający wpis… To już kolejny o anoreksji wśród mam, na jaki trafiłam w tym tygodniu! Sama miałam problem raczej w drugą stronę. Podziwiam Cię za siłę i życzę dużo wytrwałości i zdrowego podejścia do wszystkiego :)

    • Niestety trochę takich mam jest. Ale na szczęście dla wielu z nich ciąża i dziecko są najlepszym lekarstwem.
      U mnie od dłuższego czasu prym wiedzie bulimia przeplatana epizodami głodzenia, niestety. Dobrze, że ostatnio jest znacznie lepiej i zdrowiej :)
      Dziękuję bardzo za komentarz wypełniony tyloma miłymi słowami.
      Serdecznie pozdrawiam :)

Dodaj komentarz