Kiepski blog

Dziś będzie przewrotnie i odrobinę kokieteryjnie czyli narzekanie dlaczego kiepski ze mnie autor bloga.

Jedną z wielu moich wad oprócz marudzenia jest nagminne powtarzanie się. Co znowu tu czynię.
Jak się okazuje i ta „zaletowada” może być przydatna w temacie macierzyństwa. Moja upierdliwa natura pozwala mi cierpliwie i spokojnie truć małe dziecięce główki zasadami i powielającymi się pytaniami. Coś czuję, że polubię siebie jako matkę szybciej niż mogłoby się wydawać. Wracając do konkretów. Ostatnimi czasy kiełkuje we mnie olbrzymie zwątpienie w kwestii prowadzenia bloga. Wena aktualnie przemieniła się w potrzebę uwalniania endorfin w formie sportowej. Przy okazji wiatr rozwiewający mi włosy wydmuchuje z głowy pomysły na blogowe wpisy. W związku z zalewającą mnie „twórczą” pustką postanowiłam poszperać w parentingowym światku i wyłowić ciekawe strony. Nie było to trudne jak się okazuje. Rodzimi rodzice są bardziej ogarnięci niż sądziłam. I tu kompleksy rozbudziły się na nowo w mojej nieśmiałej świadomości siebie.
Zawsze jakoś na własne życzenie oraz za przyzwoleniem otoczenia byłam ciut wyalienowana. Okazuje się, że w wirtualnej rzeczywistości też mi się to przydarza i po prostu nie chce być inaczej.

Pierwszym „ale” względem mojego blogowego oblicza są treści jakie umieszczam. Przeglądając własne wpisy doszłam do wniosku, że łatwiej jest odszukać u mnie smutek niż radość. Prawdopodobnie wynika to z potrzeby uwolnienia się od własnych „Skrzydlatych Demonów”. Miewam wrażenie, że nie powinnam łączyć słodyczy macierzyństwa z goryczą depresji i zaburzeń odżywiania. Chyba łatwiej i przyjemniej jest czytać o kolorowych balonikach niż zaciskającej pięści z wściekłości dziewczynie.

Dzielę się z Czytelnikami sobą. Całą sobą. Aczkolwiek nie jest mi po drodze do informowania o spożywanych pokarmach czy aktualnej zawartości szafy. Jakoś egoistycznie doszłam do wniosku, że skoro ja nie szukam tego w strefie rodzinnych blogów, to dlaczego sama mam serwować mój jadłospis? Nie potrafię.

Skoro już znajduje się przy estetycznych rzeczach, to o zdjęcia też nie jest łatwo na mojej stronie. Kiedyś wyczytałam, że dobry bloger musi robić fajne zdjęcia i obrabiać je w odpowiednich programach. Cóż i tu daleko mi do ideału. Upragnionego sprzętu fotograficznego dla wyższych celów musiałam się pozbyć, więc „strzelam fotki” telefonem. Kiepsko, kiepsko. A w dodatku jako zagorzała przeciwniczka poprawiania natury niezwykle rzadko używam „poprawiaczy”. Oj, kiepsko ze mną i na tym gruncie.

Pisząc o niektórych produktach unikam jak ognia posługiwania się konkretnymi nazwami i producentami. Gryzie się to ze mną niesamowicie. Nie krytykuję tego na innych blogach, ponieważ samej zdarzy mi się podejrzeć u kogoś ciekawy gadżet. Tylko, że po chwili zachwytu przewagę bierze moje minimalistyczne usposobienie szepczące mi do ucha „a po co ci te pierdoły?”.

Nie mają dla mnie większego znaczenia statystyki. Nie interesuje mnie do jak szerokiego grona dotarła informacja o nowym poście. Lubie dziękować za obecność na blogu każdego przybysza. Każdy Czytelnik to według mnie indywidualny odbiorca. Owszem cieszy mnie świadomość, że ktoś tu wejdzie. Po prostu fajnie jest wiedzieć, że zdania przeze mnie wypowiadane nie idą w pusty eter i że po drugiej stronie ekranu jest ktoś z kim mogę podjąć dialog.

Nie biorę się również za uznawane przez większość kontrowersyjne tematy. Dlaczego? Bo uważam tego rodzaju dyskusje za bezsensowne. Każdy ma swoją rację a prawda leży gdzieś pośrodku. Uważam, że każdy ma robić dobrze samemu sobie. Natomiast agresja i wmawianie innym co jest lepsze nie jest zupełnie dla mnie. Jak to mawia klasyk: „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”.


Być może jestem zamknięta za bardzo na świat zewnętrzny i kierujące nim zwyczaje. W większości odwiedzanych blogów parentingowych jest znacznie więcej pozytywnej energii niż u mnie. Najwidoczniej z natury jest ze mnie pesymistka. Ale czy aż tak jest mi z tym źle?

Tak, mam moment zwątpienia w siebie.
I tak chciałabym znaleźć pod tym, postem jeden komentarz uskrzydlający mnie. Nie będę ściemniać. Czuje się gorsza i już. Każdy ma takie momenty. Jednak w takich chwilach, to właśnie przerzucanie emocji na klawisze robi mi się lżej na sercu. Błądzę i szukam siebie także jako bloger.

Co właściwe ma na celu ten post poza wywaleniem wątpliwości co do istnienia bloga?

Możliwość po raz kolejny powiedzenia każdemu z Was z osobna DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE JESTEŚCIE.

4 Comments

Dodaj komentarz