zdjęcie-1

Ratalny System Umierania

Czasami mam ochotę to wszystko zakończyć. Jednak w takich chwilach zwątpienia zostaje zazwyczaj brutalnie przygnieciona ponad trzydziestoma kilogramami Szczęścia. Gdy tak leżę bezbronna z dwójką łobuzów na sobie, dociera do mnie, że moja misja na tym piedestale jeszcze nie dobiegła końca.

Bywają dni białe, szare i czarne.

Białe to te, w których mogę spokojnie zjeść i nie mam wyrzutów sumienia. W takie dni jestem przepełniona radością obcowania z moimi chłopakami i nie mam czasu ani ochoty liczyć każdej kalorii. Wiele radości daje mi wtedy wspólne przygotowywanie posiłków jak i ich konsumowanie. A w chwilach kulminacji życiowej radości potrafię nawet nie wypluć czekolady wepchniętej mi małą rączką w buzię. I nie ma znaczenia czy pójdzie w cycki, w dupę czy przeistoczy się to w cellulit. To jedna z tych chwil, które chciałabym pamiętać zawsze. Po prostu cieszenie się wariactwami z dziećmi.

Ale jak sama ostatnio przyznałam przed sobą, póki co za mało jest jasnych dat. Więcej jest tych odrobinę ciemniejszych, tych o szarym zabarwieniu. Dni spod tego szyldu zazwyczaj przebiegają stabilnie. Zwracam wówczas trochę większą uwagę na to co jem i podświadomie eliminuje zakazane produkty w własnego menu. Uważam żeby nie zjeść za dużo na jeden rzut, ani żeby nie włożyć do ust czegoś co zaleje mój mózg wyimaginowanym tłuszczem. Takie etapy są znośne. Może i nie potrafię się tak do końca wyluzować i łapię się na wypluwaniu krakersa w chusteczkę, ale zazwyczaj nie przeszkadza mi to w czerpaniu radości z zabawy i nauki z chłopcami. Jestem zorganizowana i ogarnięte, ale ciut mocniej dekoncentrowana na jedzeniu niż w dni białe.

Najgorsze są czarne daty. Choć jest ich stosunkowo mało, a ich liczebność wciąż spada, to właśnie one najbardziej zatruwają mój całokształt egzystencji. Czuje się jakbym znów miała kilkanaście lat i z całego serca nienawidziła siebie samej. Gorycz tego uczucia jest nieznośna. Boje się. Albo jem tylko tyle żeby mieć siłę zająć się dziećmi albo robię ukłon w stronę sedesu. Odkąd jestem matką nie pozwalam sobie na kilkunasto-napadowe sesje. Wiem, że jestem głupia i postępuję co najmniej karygodnie, ale mam jeszcze resztki szarych komórek aby nie narazić swojego organizmu na utratę przytomności czy inną ekstremalnie nieodpowiedzialną rzecz.
Te gorsze momenty walki z chorobą mają dwa oblicza. Jedno atakuje z ukrycia, gdzie dzień z pozoru rozpoczyna się pozytywnie, zaś drugie na „dzień dobry” krzyczy, że będzie kiepsko.

Pierwsze z nich rozpoczynają się zdrowym i niesprawiającym problemów posiłkiem. Oczywiście w miłej atmosferze z dziećmi, śmiechem i błyskiem w oczach. Potem sprowadzone z jakiegoś powodu albo i nie pojawiają się na horyzoncie wyrzuty sumienia. Że za dużo zjadłam, że źle. Dochodzi po jakimś czasie następny posiłek w postaci owocu i zaczyna się równia pochyła.
Wystarczy niespełna minuta, aby to co przed chwilą zagrzało miejsce w moim żołądku znalazło się w drodze do morza. I wszystko wraca do normy. Dalej mogę bawić się z pociechami. Szaleć resorakami po podłodze i budować olbrzymie wieżowce z klocków.


Jest „normalnie„.

Jednak każdy kolejny posiłek niesie za sobą komunikat przyzwalający.

W końcu skoro już raz dzisiaj rzygałam, to mogę i następny. I tak dzień jest do dupy w tym temacie.

Lub mój faworyt „jeszcze ostatni raz”…


To jest jak narkotyk. I nie zrozumie tego nikt, kto nie doświadczył tego gówna w swoim życiu.

To jest złe, ale dla mnie zawiera też chwilę ukojenia. Zrzucenia balastu. Wyrzucenia gniewu. A to tylko ułamki sekund. I teoretycznie nie da się poznać po mnie co się działo kilka chwil temu. Wmawiam sobie na siłę, że to tak jakbym wyskoczyła zapalić papierosa. Intymny moment jedynie dla mnie i moich Demonów. Skłamałabym twierdząc, że to co robię jest ok i że nic nie ryzykuję. I sama czasem nie wierzę jak bardzo chciałabym mieć ten syf już za sobą. Być tak naprawdę wolna.


Walczę, ponieważ tego chcę. A chyba właśnie to „zechcenie” było najtrudniejszą granicą do przebycia. Skoro jestem już tak daleko, to nie mam zamiaru dać się całkowicie wciągnąć. Ale zdaje sobie również sprawę, że to nie zakończy się jak zły czar za dotknięciem magicznej różdżki. To wymaga cholernie dużo pracy, którą ja zamierzam wykonać. Dla bliskich i dla samej siebie.

Chciałabym powiedzieć, że nie będzie już czarnych dni. Ale tym śmiałym stwierdzeniem zrobiłabym jedynie z siebie idiotkę. Nie ma nic od razu i za darmo. Cieszę się, gdy przewagę biorą dni szare, bo to one torują szlak dla tych najfajniejszych, białych dni.

Jeszcze nie jeden raz padnę twarzą w błoto. We własny szlam. Ale jedno jest pewne. Mam już dosyć fundowania sobie samobójstwa na raty.








Dodaj komentarz