Zakurzona śpiączka

Zajrzałam dziś do mojego kalendarza. Niebieski sznurek znajdował się pomiędzy piątym a szóstym dniem stycznia. Na początku myślałam, że jest martwy. Ale nie, on był jedynie w silnej śpiączce. Tak jak i ja przez ostatnich kilka miesięcy. Postanowiłam go wybudzić z tego farmakologicznego snu. Złapałam jego końcówkę najdelikatniej jak umiałam czując strach, że rozpadnie się na milion części. Tak jak ostatnio ja. Jednak on trzymał się w jednym kawałku. Poczułam drżenie. Być może moje dłonie tak mocno trzęsły się z przerażenia. Być może to przez niego przepłynął cichy strumień oddechu. Nagle dotarło do mnie. Nitkami z jakich jesteśmy oboje zbudowani przeszło przez nas tchnienie pachnące chęcią istnienia.

„To co, zaczynamy od nowa?” – zapytałam bezgłośnie wpatrując się w długi kawałek materiału. Odpowiedź była tylko jedna.

Dwudziesty czwarty lutego.
Strony wydają się być pokryte kurzem zapomnienia. Oczami wyobraźni zdmuchuję go z ich powierzchni. Chciałabym aby moje złe wspomnienia rozeszły się w powietrzu w taki sam sposób. Jednak taka opcja jest niedostępna. Muszę zmierzyć się z tym co miało miejsce. Z tym co działo się ze mną ostatnimi czasy.
Wizja przerwy w terapii, która roztoczyła się przede mną kilka miesięcy temu, już wtedy zdawała się brzmieć niepokojąco. Starałam się logicznie podejść do tematu i mobilizująco powtarzałam w głowie „dasz radę!”. Nie byłabym sobą jednocześnie nie odczuwając lęku. Teraz wiem, ze odrzucanie jego obecności było sporym błędem. Na siłę chciałam wmówić sobie, iż jestem silniejsza niż się czuję. I właśnie to mnie zgubiło.

Listopad.
Czułam, że trzymam się w garści pisząc ten post. W tamtym momencie, dwa tygodnie po ostatniej sesji terapeutycznej byłam pewna, że przetrwam tych kilka miesięcy bez fundowania sobie przejażdżek górską kolejką. Miesiąc zakończyłam z pozytywnym i pełnym nadziei wzrokiem wbitym w nadchodzącą przyszłość.

Grudzień.
Samo hasło „święta” krzyczało do mnie „szykuj się na kłopoty”. Ale tak jest praktycznie każdego roku, więc postanowiłam nie zaśmiecać własnego umysłu ponurym wyrokowaniem. Granica zimowego miesiąca przyniosła ze sobą łzy. Coś zaczynało we mnie pękać. Bulimia tego roku okazała się niecierpliwą zołzą przychodząc trzy tygodnie za wcześnie.
Upadłam boleśnie na twarz.
Mimo potknięcia starałam się utrzymać rodzinną codzienność. Dziś wiem, że to były początki okłamywania siebie i bliskich. Tak bardzo nie chciałam dopuścić do siebie myśli o możliwej porażce. Choć tak naprawdę to nie byłaby porażka, a zwykłe wyboje na drodze. Ale ja wstydziłam się zakomunikować o rosnącej skali problemu.

Na blogu pojawił się wpis. Zaczynałam bać się widma nadchodzącej burzy z piorunami. I sama sobie przetwarzałam rzeczywistość tak, by móc zamieść pod dywan popełniane błędy. Powinnam wtedy porozmawiać. Z ludźmi dla których jestem ważna. Z osobami, które chcą mi pomóc. A ja? Ja uciekłam. Bo tak było łatwiej.

Poddawałam się. Umniejszałam to co we mnie dobre, a wyolbrzymiałam złe cechy. I to nawet takie, których właścicielką nie jestem. Płakałam czytając wiadomość od Mamy. Łzy ukształtowane były w dwojaki sposób. Jedne niosły ze sobą wzruszenie słowami nadesłanymi przez rodzicielkę. Te miały słodkawy posmak. Drugie zaś były okropnie gorzkie. I można było dojrzeć w nich jedynie poczucie winy i nienawiść.

Styczeń.
Bez podsumowań. Ani życiowych ani blogowych. Dalsza próba utrzymania się na powierzchni normalności. Dryfująca karykaturalne po flegmatycznym oceanie autoagresji.
Sinusoida. Raz miałam myśli szczęśliwe, innym razem poruszone wątkiem Kostuchy. Niezdecydowanie i stagnacja. Już wtedy należało się zatrzymać. Ale ja spadałam dalej bojąc się przyznać, że jestem słaba. Zaczynałam lekko przysypiać. I zasnęłam nie mogąc już kontrolować własnych pragnień i postanowień.
Luty.
Moja osobista gówniana coma. Przegrywałam z chorobą na każdym kroku. I to już nie był wynik liczbowy zaczerpnięty z meczu piłki nożnej. Ja traciłam punkty jak w rozgrywce koszykówki.
Szczerze? Miałam większość spraw w dupie. Jedynie obecność dzieci nie pozwalała mi na całkowite poddanie się. Gdzieś z tyłu głowy liczyłam, że to są tylko bitwy, a nie wojna.
Nie jadłam. Płakałam. Wymiotowałam. Ryczałam. Poddawałam się. Nie chciałam czuć niczego. Dokładnie tak jak w roku 2007. Nienawidziłam siebie coraz bardziej.
Pewnego dnia leżałam z twarzą w błocie i krwawiącym z niemocy sercem. Obudził mnie płomień zapalniczki w środku nocy.
Wstałam żeby poczuć jego ciepło. Popatrzyłam na swoje brudne dłonie i wreszcie zapragnęłam zrzucić z siebie ten syf. Uwierzyłam, że mogę. Że potrafię. I przede wszystkim jednak chcę.
Siedzę umyta i zdrapuje z ciała resztki zaschniętego szlamu. Czy dam radę? Tak. Ile razy się jeszcze przewrócę? Kilka na pewno. Ale wstałam silniejsza. Świadoma nowych rzeczy. I zdeterminowana.
Wznawiamy niebawem terapię. Ja dokończę sprawy, które rozpoczęłam. I wiecie co? Będę żyć. I w końcu odnajdę swoją stabilizację.

2 Comments

Dodaj komentarz