Życie bywa bolesne

Ameryki nie odkryłam, wiem. Rodzimy się w bólu i często też tak umieramy. Ból jest nieodłącznym elementem naszego życia. Tylko po co? Dlaczego bywają chwile, w których zmuszeni jesteśmy cierpieć? Doświadczać przykrych rzeczy? Niektórzy ludzie mają pretensję, że akurat im przyszło znosić niewygody życia. A gdyby tak zatrzymać się na moment i obejść dookoła wroga jakim jest ból? Spojrzeć na niego pod innym kątem? Dziś przedstawię miejsce, w którym ja się zatrzymałam i spojrzałam temu przyjemniaczkowi prosto w oczy.

Zdarzają się dni gdzie jestem pełna żalu wobec całego świata za to czego doświadczyłam. Czuję złość o frustrację. Padają oskarżenia typu:
Inni to.. Inni tamto.. Jeszcze inni sramto.. A mnie spotkało to i to..

Tak to mniej więcej brzmi. Czasem się wkurzam, bo mój ojciec był i jak podejrzewam nadal jest alkoholikiem. Wściekam się na myśl o tym co aktualnie dzieje się w moim życiu. Nawet gniewam się, że wpakowałam się w te cholerne zaburzenia odżywiana. Dosłownie wszystko jestem w stanie opleść tonem pretensji.
Bolało dzieciństwo, gdy ojciec wracał pijany. Bolało kiedy mama przestała skupiać na mnie tyle uwagi co wcześniej. Bolała śmierć dziadka. Przygniatało młodzieńcze poczucie bycia niepotrzebnym. Poród był bolesny, a terapia nadal boli. Niekiedy nawet oddychanie sprawia trud. Pewnego dnia spojrzałam pod te wszystkie negatywne warstwy jakimi pokryta jest moja przeszłość. Boleć musiało. Ale z każdą chwilą ból ten staje się coraz słabszy.
A gdybym tak przyspieszyła gojenie ran poprzez wyciągnięcie wniosków oraz przeszukanie tego cierpienia? A może by tak z minusa, zrobić plus?
Narzekanie jest w jakiś sposób oczyszczające. Ale po pewnym czasie robi się irytujące i nudne. W końcu samym marudzeniem nikt jeszcze sukcesu nie odniósł. Przeszłości nie da się zmienić. Jedynie można ją sobie korygować w sennych marzeniach. Na chwilę. Tylko, że ciągłe rozpamiętywanie tego co było i co mogliśmy zrobić potrafi człowieka nieźle zdeprymować. Wiem to z autopsji. Im częściej i dłużej analizuje te złe rzeczy, które mnie spotkały, tym gorzej się czuje. Zaczynam egzystować w przekonaniu, że to kara. Że nic dobrego mnie już nie spotka i że z niczym sobie nie poradzę. Powstaje niszczącą pętla którą samemu się zaciska. I po co? Po jaką cholerę dowalać sobie więcej kłopotów i zmartwień? Jak rzekł kiedyś Nietzsche:
Co nas nie zabije, to nas wzmocni.”

Po przemyśleniu kilku spraw na spokojnie oraz z dużą dozą dystansu, doszłam do kilku wniosków. Po pierwsze to, że mój ojciec jest alkoholikiem nie jest moją winą. Winy za chorobę rodzica nie ponoszą także inne dzieciaki z takich domów. Ani ci, którzy teraz noszą miano DDA. Każdy człowiek podejmuje decyzje samodzielnie. To, że ktoś ma problem, jest uzależniony czy cierpi na depresję, to nie powód by go przekreślać. Można mu pomóc. Nawet trzeba. Ale tylko wtedy gdy on sam tego chce i uświadomi sobie jak bardzo krzywdzi bliskich i siebie. Mój ojciec najwidoczniej nie potrafił poradzić sobie z chorobą. Chyba nawet nie próbował. Ale to nie znaczy, że ja mam to brzemię nosić do końca życia. Ja taka nie jestem i nie chcę być. To doświadczenie dało mi świadomość, że mam wybór. I że jeśli się czegoś bardzo pragnie, to jest to możliwe. Nawet wyjście z nałogu. Połowa sukcesu to osobista ciężka praca. Na drugą część składa się wsparcie bliskich, odpowiednie leczenie i odrobina szczęścia. I właśnie tego trzymam się walcząc o siebie.
Zaburzenia odżywiania nauczyły mnie natomiast tego, że wygląd nie jest ważny na tyle aby z jego powodu popełniać samobójstwo na raty. Mimo, że nadal patrząc w lustro czuje się gruba, to jakaś część mnie wie, że to tylko złudzenie. I naprawdę, brzmi to banalnie, ale to jak wyglądasz nie mówi o tobie wszystkiego. To powierzchnia o którą niektórzy mogą dbać, a inni nie. I jeszcze jedno. Po tylu latach choroby zrozumiałam, iż warto chcieć żyć, a dwie wizyty na oddziale ostrych zatruć udowodniły jak bardzo cenne i kruche to życie jest.
Niespodziewane macierzyństwo, które zdawało się być nie do ogarnięcia otworzyło przede mną inny świat. A nawet kilka. Tu nie ma granic. Tu wszystko co staje się nie do przeskoczenia okazuje się chwilowym kryzysem, a wiara w drugiego człowieka staje się potęgą. Miłość nie ma imienia. Ona po prostu jest. Bezwarunkowo. Niezależnie od wyglądu, wykształcenia czy umiejętności. Dziecko się kocha. A ono potrafi zmienić nas na lepsze. Przedstawić alternatywne, weselsze życie, które mimo wielu trudów da się przetrwać dzięki jednemu małemu uśmiechowi. Właśnie te wszystkie złe chwile tracą na wartości w ciagu jednej sekundy i jednego spojrzenia dziecka.
W niektórych momentach mnie samej trudno jest uwierzyć w te wszystkie przeróbki bólu na coś lepszego. W to, że z minusa da się zrobić plusa. Ale chcę żeby tak było. Zamierzam dalej uczyć się jak wyciągać wnioski i znajdować dobre strony w bólu i nieszczęściu. Będzie bolało. Ale to od nas zależy jak długo ropa będzie się sączyć z każdej konkretnej rany.

8 Comments

  • Ewciu…ból, który towarzyszy nam przez całe życie jest tym destrukcyjnym. Alkoholizm jest czymś strasznym, destrukcyjnym z jednej strony, ale potrafi tez nauczyc pokory osobę, która stoi obok i cierpi. Czasem trzeba czasu żeby to sobie wszystko poukładać, żeby nie brnąc ból, który często sami sobie zadajemy…ale jest też ból najpiękniejszy, który niesie za sobą życie…ból miłości kiedy wydajemy na świat dziecko…Myśl o tym, że doznałaś go dwukrotnie i dla Twoich Synków jesteś Kimś Najwazniejszym na świecie :)

  • Łzy same cisną mi się do oczu. Codzień uczę się na nowo oddychać i co dzień mam świadomość jak jeszcze wiele pracy przede mną. Moim mottem zaczęło być stwierdzenie "są plusy dodatnie i są plusy ujemne" choć dla mnie matematyka nie powinno mieć to sesnsu odnajduję w tym stwierdzeniu sens głęboki.

  • I mnie poplynely łzy. Czasem dopadają mnie wyrzuty sumienia, które mijają równie szybko jak przychodzą. Ja ból zmieniłam w nienawiść. Nie wybacze, bo nie widzę powodu. Nie mam ochoty i takiej potrzeby.skąd we mnie tyle złości sama nie wiem… cieszę się, że nauczylas dostrzegać się plusy złych wspomnień :*

Dodaj komentarz