blogger-image-1096973766

Dzień na "NIE"

Bywają dni dobre i gorsze. Jak u każdego. Czasami zdarzają się również momenty, w których mam dosyć wszystkiego i pragnę usiąść na środku pokoju płacząc i histeryzując. Irytację wspiera poczucie bezradności i kompletnej porażki. Nie tylko wychowawczej, ale i emocjonalnej. Nie potrafię w takich momentach uspokoić targającego mną poczucia winy oraz wewnętrznej autoagresji. Oststnio odczułam taki właśnie bolesny przesyt dnia codziennego.

Poranek był spokojny. Obaj chłopcy wstali zadowoleni i w przeciwieństwie do poprzedniej nocy, wyspani. Poranne wygłupy, ogarnięcie się, śniadanie, leki itd. Standard. W mniej lub bardziej ekstremalnym wykonaniu moich pociech.
Tradycyjnie jak co tydzień wybrałam się na terapię. Niecała godzina w tygodniu tylko dla mnie. Rozmowa, która pomaga tak wiele zrozumieć i spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Wróciłam zadowolona, potomstwo zastałam tekże uradowane. Żyć nie umierać!
Praca przeplatana zabawą, następnie ku mojemu zaskoczeniu krótka drzemka młodszego M. W tym czasie zajmuje się masowaniem i uciskaniem drugiego syna. I nagle starszy M. dochodzi do przewspaniałego wniosku, aby robić wszystko co obudzi brata. Cholera jasna.. Żadne z zajęć jakie mu oferuję nie działa. Ani pisanie, czytanie, zabawa samochodami, klockami, zupełnie nic! Nawet propozycja włączenia bajki. Spokojnie prośby nie działają. Stanowcze tłumaczenie również młody ma głęboko w poważaniu. Co chwile wbiega w przymknięte drzwi małego pokoju krzycząc radośnie, że chce obudzić brata. Czuję jak pomału tracę cierpliwość. Każdy kolejny pomysł odciągniecia młodocianego od wszczęcia alarmu budzikowego zostaje odtrącony. Mnie z nerwów robi się gorąco. Czuje się bezsilna w walce z celem wyższym, jakim jest wybudzenie spiącego malca. Zanim jednak zdążę złożyć broń dobiega do mnie krzyk, a raczej wrzask młodszego M. Punkt dla starszego syna.
Uwijam się najszybciej jak potrafię z obiadem, bo młode jest obudzone, głodne i rozdrażnione. Istne wcielenie zła pokropione wodą święconą. Zaciskam zęby i biorę kolejny głęboki oddech. Udaje mi się zapanować nad dwójka podarciuchów i biegiem kończę przygotowywać posiłek. I cóż za niespodzianka mnie spotyka? -NIE-
Cholerne NIE! Obiadem gardzą równie mocno jak moimi propozycjami rozrywki. Krótko i treściwie: szlag mnie trafia. W tej chwili pojawią się moje rodzicielskie dylematy.
– jeśli nie chcą, to nie muszą jeść. Zdecydują się jak zgłodnieją.

– kurczę, ale jak nie zjedzą to będą w złych nastrojach i zaczną na nowo marudzić męcząc siebie i mnie.

– zmuszanie dziecka do jedzenia to według mnie głupota i tu zdania nie zmienię.

– a może szybko zrobię coś innego??

– tylko dlaczego mam kombinować skoro obiad jest?
Milion myśli na sekundę jak to zrobić tak, by wilk był syty i owca cała? No jak? I tu spływa na mnie objawienie.. 
Nie da się. Choćbym stanęła na rzęsach, to w dniu takim jak ten nic ich nie zadowoli. Nic nie przekona, bo wszystko jest na NIE.

Wykorzystuję resztki cierpliwości na dalszą opiekę nad dziećmi, ale powoli wkurzenie i poczucie klęski biorą górę. Mam dosyć wrzasków, marudzenia, wydziwiania i generalnej niechęci do wszystkiego. Wścieka mnie mój własny nastrój. Mam ochotę wyjść i wrócić jak emocje i głośne dźwięki opadną. Jednocześnie mogłabym wykrzyczeć cały zakres znanych mi epitetów w myślach. Już nawet ich spojrzenia i głosy przyprawiają mnie o drgawki nerwowe. Około godziny szesnastej wyciągam ze łzami w oczach białą flagę. Na dziś mam dosyć. Wszystkiego. Nawet ruchu powietrza.
Sytuacja powoli się stabilizuje. Wieczór jak to wieczór. Wyciszenie. Ale mimo względnego happy endu wiem, że takie dni jeszcze nadejdą. Takie w których albo to ja mam gorszy humor albo któryś z chłopaków. Dzień w których nic nie pasuje i wszystko irytuje. Dzień, gdy obecność dzieciaków jest niezwykle frustrująca. Takie dni są. Bywają niezbyt często, ale pojawiają się w moim życiorysie. Czy to powód do wstydu? Na pewno nie. Bo jak to mawiał klasyk nic co ludzkie nie jest mi obce”.


2 Comments

  • przysięgam nie dałabym rady, boze dzieci to dla mnie cos ciężkiego, nie weim może ktoś mnie zle zrozumie, nazbyt egoistycznie ale cenie sobie spokoj i lad w moim zyciu a dzieci niewiele rozumieją psuja i czasem dadza radość boze tak cynicznie to brzmi, sama na siebie jestem zla za te myśli..ale niestety a owy wpis mnie utrzymuje w moim twierdzeniu
    ale serdecznie pozdrawiam i zycze dużo cieprliwosci…przede wszystkim sukcesów w zyciu i z dzieciaczkami naprawdę :)
    mvegaslas.blogspot.com

    • Są ludzie, którzy marzą o dziecku i uważają je za idealne dopełnienie życia. Są również tacy co nie chcą i nigdy potomstwa mieć nie będą. To ich świadoma decyzja i uważam, że tak jest lepiej niż mieliby na tym cierpieć i oni i dziecko. Są też ci, którzy "wpadają" i albo sobie poradzą albo nie. Macierzyństwo jest jak długi rejs statkiem z chorobą morską. Można wziąć lek, ale nie zawsze uratuje on nas od nudności.
      Dlaczego jesteś zła na siebie za to co czujesz? Nie masz powodu. Nie krzywdzisz tym nikogo. Masz swoje zdanie i jeśli jest ono zgodne z tym co aktualnie masz w sobie, to ja nie widzę tu miejsca na złość.
      Pozdrawiam bardzo serdecznie!

Dodaj komentarz