img_7481

Chaos codzienny

Mój zwyczajny dzień zaczyna się tuż po piątej rano. Po wyłączeniu trzech alarmów, zwlekam się wreszcie z łóżka. Nieprzytomna kieruję kroki najpierw do kuchni, aby wstawić wodę na kawę, a zaraz potem udaję się do łazienki w celu ogarnięcia swej osoby. Gdy już mogę zerknąć jednym okiem na otaczającą mnie rzeczywistość zaczynam przygotowywać śniadanie i obiad dla starszego M. do przedszkola, przy okazji siorbiąc ciepłą jeszcze kawę. Pewnie większość z Was wie, że spożycie ciepłej dawki kofeiny w wykonaniu matki, to naprawdę spory sukces. Ale wracając do mojej kuchni. Po przygotowaniu wyprawki dla syna zabieram się za dobudzanie jegomościa. Jednego dnia idzie nam to sprawnie, innego napotykam na swej drodze zaporę z kołdry i stanowcze „chcę spać!!”. Na szczęście mam kilka sposobów na zmobilizowanie dziecka do wstania. Ale o nich opowiem Wam innym razem. W momencie kiedy dziecię zasypia mi nad umywalką myjąc zęby, moje myśli chaotycznie krążą wokół czekających na mnie obowiązków.
Po godzinie szóstej odprowadzam zaspanego syna na busa i wracam do ciepłego mieszkania. Siadam z drugą ciepłą kawą do pisania postów na bloga lub artykułów do magazynu. Wielokrotnie mam ochotę przedłużyć tą uroczą ciszę, ale dbając o własny sen około siódmej zmierzam do małego pokoju obudzić drugiego królewicza.
Żegnam ciszę i spokój z uśmiechem witając wesołe niebieskie oczy. Tych wygłupów w łóżku z rana nic nie może zastąpić. Ten kto ma dzieci dokładnie wie co mam na myśli. Po beztroskich harcach przystępuję do ogarniania domu. Śniadanie, wstawienie prania, doprowadzenie kuchni do stanu używalności. Następnie wejście do pokoju, szybkie spojrzenie na zabawkowy armagedon, który powstał w ułamku sekundy i stwierdzenie, że nie warto teraz zajmować sobie tym głowy skoro za chwilę obecny stan rzeczy powróci. Jako matka musiałam się pogodzić z niektórymi rzeczami i rzucić w kąt mój chorobliwy pedantyzm. I powiem Wam, że dobrze mi z tym. Nie latam z mopem po piętnaście razy dziennie, a swobodny artystyczny nieład stał się moim towarzyszem. Zamiast polerować kafle zdecydowanie wolę pobrudzić się farbami z młodym. Oprócz malowania śpiewamy, robimy ogromne budowle z klocków Lego, ścigamy się resorakami na „ulicznym” dywanie czy np. czytamy po raz setny te same książki. W międzyczasie „robi się obiad”, czyli biegam pomiędzy kuchnią a pokojem zostawiając za sobą chmurę z mąki. Bałagan powoli zaczyna wracać na salony.
Gdy nie ma wichury albo tornada, to idziemy na spacer z młodszym M. i staramy się nie nadepnąć na przerwy między chodnikowymi płytami lub balansujemy na krawężnikach. Natchnieni energią podarowaną przez „świeże” miejskie powietrze zbieramy się aby odebrać starszego z braci. Wracamy w powiększonym gronie do naszych domowych zakątków, by ponownie zasiać w nich chaos, bałagan i nieustanny wrzask młodych gardzieli.
Niekiedy zachęcenie mojej młodzieży do spokojnego spożycia obiadu graniczy z cudem. No dobra, w 90% tak jest. Po wciągniętym posiłku zaczynamy kolejną turę zabawy. W ruch ponownie idą tory, autka i cały dostępny asortyment. Duży pokój w jakiś magiczny sposób przemienia się w labirynt usiany podstępnymi przeszkodami w postaci klocków. Co jakiś czas chłopcy z charakterystycznym dla siebie temperamentem wymieniają uwagi na temat czyja właściwie jest dana zabawka. Wtenczas wkraczam ja jak przystało na rodzicielkę i przemieniam się w obiektywnego sędziego. Taka już moja rola. I podczas gdy mnie trafia szlag, moje potomstwo po kilku sekundach bawi się razem jak gdyby nigdy nic. Robię głęboki wdech i pocieszam się, że kiedyś moja dziatwa dorośnie i wyleci z rodzinnego gniazda, a w moich uszach zapanuje błoga cisza.
Kolejnym etapem jest wieczorne oporządzenie potomstwa. Kolacja, kąpiel, ząbki, siusiu i spać. Szkoda tylko, że ostatnia z tych czynności dłuży się w nieskończoność. Ale dzięki temu moje powieki posiadły fascynującą zdolność pozostawania otwartymi mimo, że mózg jest już uśpiony. Gdy chłopcy dobrze zasną ja mam nadzieję na zrobienie czegoś dla siebie. Zazwyczaj jednak pozostaje to w sferze marzeń sennych, a ja zalegam nieprzytomna na chłodnej poduszce.

Dodaj komentarz